Post.

Na początek muszę to napisać: to nie jest wpis o bezsensie postu. Nie będę siać zamętu, jeśli chodzi o naukę Kościoła, bo się z nią zgadzam. Nie będę też rozwodzić się nad tym, czy większym grzechem jest zjedzenie taniego kurczaka, czy drogiego homara w piątek i czy Środa Popielcowa to dobry termin na imprezę z tortem, w ramach pokuty, gdy nie lubisz tortów. Serio, cenię post. A szczególnie Wielki Post, o czym będę zaraz pisać. Cenię go jednak nie jako wyzwanie dla samego wyzwania, ale drogę z celem, do którego ona ma doprowadzić. Bez celu to będzie tylko kolejny post, nie wielki, nawet nie pisany wielką literą. Czytaj dalej Post.

Z czym zaczynam rok 2019

Rok 2018 był rokiem wielkich zmian i nowych wyzwań… tfu! Te słowa są już tak przeżute, że guma przyklejona pod ławką w podstawówce i ponownie wydobyta stamtąd po latach miałaby więcej smaku niż one. Nigdy nie lubiłam podsumowań rocznych i postanowień. Wiem, że jedno i drugie bywa czasem potrzebne, ale granica jednej cyferki w dacie wydawała mi się absurdalnie sztuczna. Tym razem… jest tak samo. Bo tradycyjne postanowienia, które mają wejść w życie od pierwszego stycznia, to po prostu lista marzeń do spełnienia – czasem realnych, czasem nie. Ktoś chce schudnąć, ktoś chce zacząć więcej czytać, znaleźć pracę, wyjść za mąż, urodzić dziecko… wszystko to można łatwo zdobyć. I zaraz potem stracić. Można schudnąć i zaraz przytyć, można wyjść za mąż i za chwilę się rozstać. Można doczekać się dziecka i je stracić – nawet nie w sensie fizycznej utraty, ale poprzez systematyczne ignorowanie swoich obowiązków, poprzez brak więzi lub przemoc. Ale na liście – odhaczone! Jest dziecko, jest sukces. Tylko jaki to ma sens?

Wchodzę w Nowy Rok z procesami, które rozpoczęły się jeszcze w roku 2018. Nie zdobyłam nic na wieczność, zapoczątkowane raz zmiany wciąż są w toku, życie stale się zmienia. Niby jako mama małych dzieci już dawno powinnam to wiedzieć, ale tak wyszło, że jakoś wcześniej nie całkiem to do mnie docierało. Chciałam więc napisać o kilku wydarzeniach minionego roku, które rozpoczęły nowe procesy zmian w naszym małżeńskim i rodzinnym życiu. Czytaj dalej Z czym zaczynam rok 2019

5 poświątecznych przemyśleń i wniosków na przyszłość

Miałam nie pisać żadnego wstępu, ale po skończeniu tekstu uznałam, że muszę jednak tych kilka słów napisać. Moim zamiarem nie jest narzekanie, jakie te Święta straszne, jak to zapach zamordowanego karpia i wredne ciotki niszczą człowieka, a przecież można by świętować nowocześnie i pić latte z mlekiem sojowym. W ogóle nie chcę narzekać. Kocham tradycyjne Boże Narodzenie. Od strony duchowej, ale też od takiej rodzinnej i, nazwijmy to, nastrojowej. Uważam jednocześnie, że przy świętowaniu popełniam błędy i że każdy z nas może je popełnić, jeśli będzie kłaść nacisk na sprawy drugorzędne. Chciałabym więc podzielić się tym, co moim zdaniem nie do końca się udało i wnioskami na przyszłość. Czytaj dalej 5 poświątecznych przemyśleń i wniosków na przyszłość

Rekolekcje zajęciowe #5 – Życzymy, życzymy…

To już ostatni odcinek moich „rekolekcji”. Dom posprzątany (o tyle, o ile), wypieki gotowe, prezenty zapakowane i psychika (wraz z układem pokarmowym) przygotowana na dwie wigilie. A teraz myślami wchodzę już do domu teściów, zdejmuję buty, wchodzę na piętro i wiem, co będzie dalej. Scenariusz każda rodzina ma własny, ale pozostaje on niezmienny, bo w końcu chcemy zachować to, co najlepsze. Wiem, że najpierw będziemy czytać Ewangelię, pomodlimy się, a potem, nim siądziemy do stołu – będzie czas opłatka i życzeń. Czy nie jest często tak, że to życzenia są najbardziej niezręcznym momentem podczas Świąt? Te wypisane na pięknych, własnoręcznie wykonanych kartkach w ogóle nie sprawiają problemu (poza znalezieniem czasu na ich zrobienie). Nie musimy patrzeć w oczy tym, którzy czasem powiedzą jedno słowo za dużo, czasem ranią. Życzenia wypowiedziane na głos, stojąc twarzą w twarz, mają dużo większą wartość. Ale jak to bywa z rzeczami wartościowymi – są trudniejsze. Czytaj dalej Rekolekcje zajęciowe #5 – Życzymy, życzymy…

Rekolekcje zajęciowe #4 – Władca Logistyki: Dwie wigilie

Zanim wyszłam za mąż, żyłam w cieplutkiej i milutkiej bańce własnych przyzwyczajeń. Jednym z nich było przekonanie, że w Wigilię żaden porządny człowiek nie wychodzi z domu. Zawsze spędzałam ten wieczór z rodzicami i babcią. Skład zmieniał się tylko nieznacznie – raz, kiedy urodziła się moja siostra i drugi raz, gdy po przeprowadzce mieliśmy możliwość przenocować drugą babcię. Wtedy i ona zaczęła przyjeżdżać do nas. Nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Mój Mąż miał odwrotnie – co roku jeździł na dwie wigilie (do obu babć) i też nie wyobrażał sobie inaczej. A po ślubie było trzeba te dwa światy pogodzić… Czytaj dalej Rekolekcje zajęciowe #4 – Władca Logistyki: Dwie wigilie