Dzieci szczęścia nie dają

Pieniądze szczęścia nie dają. A dzieci? Różne doświadczenia wynosimy z domu rodzinnego. Nasi rodzice traktują nas najlepiej, jak umieją – zazwyczaj. I tak jak potem nam, już dorosłym i wychowującym własne dzieci, wychodzi im to różnie. Niektórzy narzekają, jak niewiele mogą zrobić, mając dzieci na głowie. Wspominają „dobre czasy”, piękną figurę, czas wolny, imprezy i pieniądze, które nie rozchodziły się błyskawicznie na jedzenie i buty dla gromadki pociech. Inni trzymają fason latami, uśmiechając się i chowając swoje żale gdzieś po kątach, aż wyjdą przypadkiem i rozwalą parę szklanek, a w najgorszym razie czyjeś poczucie własnej wartości. Mam nadzieję, że w naszym pokoleniu nadchodzi trzecia kategoria rodziców, ale o tym innym razem. Czytaj dalej Dzieci szczęścia nie dają

Post.

Na początek muszę to napisać: to nie jest wpis o bezsensie postu. Nie będę siać zamętu, jeśli chodzi o naukę Kościoła, bo się z nią zgadzam. Nie będę też rozwodzić się nad tym, czy większym grzechem jest zjedzenie taniego kurczaka, czy drogiego homara w piątek i czy Środa Popielcowa to dobry termin na imprezę z tortem, w ramach pokuty, gdy nie lubisz tortów. Serio, cenię post. A szczególnie Wielki Post, o czym będę zaraz pisać. Cenię go jednak nie jako wyzwanie dla samego wyzwania, ale drogę z celem, do którego ona ma doprowadzić. Bez celu to będzie tylko kolejny post, nie wielki, nawet nie pisany wielką literą. Czytaj dalej Post.

Przepraszam.

My, rodzice dzisiejszych czasów, czujemy się wiecznie na celowniku. Z jednej strony pamiętamy cienie i blaski własnego dzieciństwa, z drugiej – jesteśmy coraz bardziej świadomi, że nawet mimowolnie możemy je powielać w życiu naszych dzieci. Im mniej chcemy powielać – tym bardziej uciekamy w świat parentingowych porad, które od początku ustawiają nas pod pręgierzem w świecie zdominowanym przez biel i czerń. Mamy do wyboru albo te idealne, złote rozwiązania, albo te skrajnie złe. I powinno być dla nas oczywiste, które są które – przecież czerń i biel łatwo rozróżnić, nie to, co odcienie szarości, prawda? Czytaj dalej Przepraszam.

Gdzie jest moje „fiat”?

Miałam ostatnio przerwę od pisania na blogu. Nie będę ukrywać, dlaczego. Miałam tu opublikować coś całkiem innego… miałam różne pomysły, plany. Teraz wydają się całkiem śmieszne. Może kiedyś powrócą na listę tematów, jednak jak na razie zupełnie wypadły z gry na rzecz nowych życiowych okoliczności. Ale nie byłabym sobą, gdybym i tych okoliczności nie wzięła za okazję do kilku przemyśleń. Czytaj dalej Gdzie jest moje „fiat”?

Niebo!

Czasem mam tak, że piszę jakiś tekst przez wiele dni. Czasem napiszę szybko, niemal jednym tchem, ale czekam, aż się „uleży”, bo np. mam emocjonalny stosunek do sprawy i chcę nabrać dystansu. Czasem mam zamiar napisać na jakiś temat, a wychodzi mi coś zupełnie innego. Wszystko to jakoś dojrzewa w tej przestrzeni pomiędzy głową a klawiaturą.

A czasem zdarza się w życiu coś drobnego i niepozornego, co wywraca w jednym momencie całe spojrzenie na świat do góry nogami i nijak nie można znaleźć dobrych słów, by o tym napisać, oprócz tych najprostszych. A pisanie jak najprościej jest najtrudniejsze. Bo przecież, jak wszyscy dorośli ludzie, muszę w tym mieć jakiś porządek – nakreślić tło, charakterystykę postaci, opisać dokładne okoliczności zdarzenia. Bo to musi być zrobione dobrze, zaplanowane, trzeba użyć odpowiednich słów, wprowadzić dobrze w temat, zakończyć błyskotliwą puentą. Nawet modlitwę muszę mieć zaplanowaną, według określonego porządku, pod kontrolą. Czytaj dalej Niebo!