5 poświątecznych przemyśleń i wniosków na przyszłość

Miałam nie pisać żadnego wstępu, ale po skończeniu tekstu uznałam, że muszę jednak tych kilka słów napisać. Moim zamiarem nie jest narzekanie, jakie te Święta straszne, jak to zapach zamordowanego karpia i wredne ciotki niszczą człowieka, a przecież można by świętować nowocześnie i pić latte z mlekiem sojowym. W ogóle nie chcę narzekać. Kocham tradycyjne Boże Narodzenie. Od strony duchowej, ale też od takiej rodzinnej i, nazwijmy to, nastrojowej. Uważam jednocześnie, że przy świętowaniu popełniam błędy i że każdy z nas może je popełnić, jeśli będzie kłaść nacisk na sprawy drugorzędne. Chciałabym więc podzielić się tym, co moim zdaniem nie do końca się udało i wnioskami na przyszłość.

1. Dobre przygotowanie duchowe musi iść w parze z dobrym przeżyciem samych Świąt

Miałam naprawdę obfity duchowo Adwent. Czytałam, słuchałam konferencji, wypełniałam zadania, poszłam na parafialne rekolekcje i do spowiedzi. Ale co było potem? Cóż, poczułam trochę, jakby mi ten Pan Jezus wraz z Rodziną gdzieś… uciekł. Choć żaden ze mnie Herod, żeby mieli mi uciekać. Oczywiście, nie zaniedbałam praktyk religijnych. Poszłam do kościoła w Boże Narodzenie. Dzień później także. Modliłam się, kolędy śpiewałam… ale wszystko działo się tak szybko, tak w pośpiechu, tyle punktów na różnych listach trzeba było odhaczyć, że odczuwam silny niedosyt. Niedosyt ciszy, niedobór refleksji, niedostatek duchowego odpoczynku. I niestety, nie zaspokoję tego głodu żadnym pasztetem. Być może nie wypada się przyznawać, że mam takie odczucia. Być może też nadmiernie się tym przejmuję. Ale nie o biczowanie się chodzi, tylko o przekucie tych odczuć w jakieś sensowne wnioski.

Za rok spróbuję namówić Męża, by jednak dotrzeć na Pasterkę. Tak, z dziećmi. Tak, może być ciężko – po całym męczącym dniu (co czeka los dwóch wigilii, nie wiadomo) jeszcze nocna wyprawa do zatłoczonego kościoła. Ale czuję, że warto. Kiedy w Wielkanoc idę rano na procesję, to potem też „umieram” w ciągu dnia. Ale duchowo zmartwychwstaję.

2. Prezenty nie muszą uszczęśliwiać

Niestety, w Adwencie słusznie przeczuwałam, że w temacie prezentów możemy spodziewać się kłopotów. Po pierwsze – znów wystąpił problem, którego bardzo nie lubimy (mój Mąż przejmuje się tym bardziej, ale i ja ze względu na niego za tym nie przepadam). Wyobraźmy sobie mianowicie taką sytuację… Święta tuż-tuż, wszystko niemal już przygotowane, idzie nam dobrze, czas zaplanowany, dobrze zorganizowany, aż tu nagle dzwoni ktoś z dalszej rodziny i mówi: „Ej, słuchajcie, musicie teraz iść gdzieś i kupić mi prezent, wiecie, w te najgorsze dni, kiedy w sklepach największy tłok”. Że niby nikt by tak nie powiedział? Niby nie… Niestety, tak faktycznie przedstawia się to przedświąteczne „Kochani, chcę was zobaczyć, mam coś dla was”. Prawda, że prezent teoretycznie jest darem, za który nikt nie oczekuje niczego w zamian, ale… spójrzmy prawdzie w oczy – kto naprawdę ma takie podejście? Kto naprawdę niczego nie oczekuje? Prezent rodzi zobowiązanie. Nieprzewidziany prezent rodzi nieprzewidziane zobowiązanie, z którego trudno się wywiązać przysłowiowe pięć minut przed Świętami.

Druga sprawa – jako rodzice małych dzieci i posiadacze małego mieszkania jesteśmy przeczuleni na punkcie zagracenia. Żadni z nas minimaliści, po prostu lada chwila dobytek zacznie wylewać się oknami. W Wigilię wyszliśmy z domu, a wróciliśmy do sklepu z zabawkami. Nasi rodzice, wychowani w PRL, po upadku komunizmu zachłysnęli się możliwością uszczęśliwiania dzieci prezentami. Najpierw przeżywaliśmy to my, teraz przyszła kolej na nasze dzieci. Niestosowne byłoby mieć pretensje do pokolenia, które chce, by dzieci i wnuki miały lepiej. To naturalne. Ale czy na pewno będą mieć lepiej przez sam fakt zalania ich masą przedmiotów? Obserwuję i widzę, że to tak nie działa. Nie wiem jednak, czy istnieje szansa wytłumaczenia im tego. I czy ja z moim charakterem umiałabym to zrobić łagodnie i dyplomatycznie, bo tylko wtedy miałoby to sens.

3. Zmęczenie nie uszlachetnia

Przed Świętami widziałam istny wyścig w mediach społecznościowych, ale wcale nie wydaje mi się, by w świecie realnym było inaczej. W wyścigu oczywiście brały udział głównie kobiety. Która więcej zrobiła? Która bardziej zmęczona? Ile makowców, pierników, serników, keksów, ile śledzi, karpi, barszczyków? Ile pierogów i uszek? Ja tu nawet nie miałam co konkurować, ale za to w świętowaniu mogłabym rywalizować. Dwie wigilie. Pierwszy dzień u teściów, drugi u rodziców. Czułam się… wykończona. Drugiego dnia najchętniej spałabym do południa i nie wychodziła z domu. Baterie mi się wyczerpały. Nie znaczy to, że byłam niezadowolona. Nie znaczy to, że zmęczenie odebrało mi radość z tych Świąt. Ale z pewnością przyczyniło się do osłabienia organizmu i wcale nie uważam, że należy się tym chlubić. Zmęczenie samo w sobie nic nie daje. A może odebrać wiele, choćby zdrowie. Nie każdy teraz ma urlop, by móc się zrelaksować po Świętach. Mój Mąż normalnie poszedł do pracy, a to znaczy, że i ja jestem normalnie w pracy, czyli w domu z dziećmi. Powinnam teoretycznie być bardziej wypoczęta, niż po standardowym weekendzie, w końcu mieliśmy aż pięć wolnych dni. Jest dokładnie na odwrót. Teraz to zwyczajny dzień z dziećmi jest dla mnie wypoczynkiem. I nie przeczę, taka zmiana perspektywy sprawiła, że cieszę się ogromnie zwyczajną codzienną opieką nad maluchami. Mam więcej cierpliwości i radości w sobie, patrzę na różne problemy ze spokojem i wyrozumiałością, ale… Jeśli dla matki dwójki dzieci w wieku poniżej 2,5 roku dzień z nimi jest wypoczynkiem w porównaniu ze Świętami, to co to były za Święta?

4. Nikt nie ma czasu na życzenia

Z roku na rok dostajemy coraz mniej życzeń korespondencyjnych. Nawet tych łańcuszkowych, które wysyłają znajomi niewidziani od dziesięciu lat. Nawet tych świeckich, gdzie mowa o bałwankach, sankach i choinkach. Nawet tych powierzchownych, miałkich życzeń jest niewiele. Niewiele osób też odpisuje, co jeszcze bardziej zniechęca nas do pisania. A żeby coś znaleźć w skrzynce pocztowej… tam to już tylko reklamy. Tak, domyślam się, że media społecznościowe przejęły rolę maili i esemesów, a ja tego nie widzę, bo Facebook trzy razy zbanował mnie za założenie konta. Ale to pewnie nadal te same życzenia typu „byle co, do wszystkich jak leci”, tylko w nowej odsłonie. Kto jest winny? My wszyscy. Przyzwyczailiśmy się do setek maili, esemesów. Do zalewu informacji. Dostajemy masę spamu i z przyzwyczajenia traktujemy takie okolicznościowe wiadomości od starych znajomych jako zwykły spam. A że w treści rzadko można doszukać się głębi, że mało kto pamięta o Jezusie, że to samo leci do nas i do ciotki Klotki, to też trudno się dziwić takiej reakcji. Działa to zresztą w obie strony. Sami spamujemy bylejakością, żeby kogoś „odbębnić”, żeby „mieć z głowy”. Bo nie ma czasu, bo sprzątanie, gotowanie, pakowanie, ubieranie… bo mamy „życie”, a w nim równo poustawiane przedmioty i niech się nikt nie waży wchodzić na ich miejsce ani ich przestawiać! Bo ludzie są kłopotliwi, to nie przedmioty, że mogą stać nieruchomo, gdzie tylko się je postawi. Trzeba się z nimi dogadywać, użerać, rozmawiać, spierać. Niech mają ochłap esemesowy i odczepią się na kolejne pół roku. Ewentualnie wyśle się im prezent. Brutalnie powiedziane? Pewnie, nikt z nas nie postępuje tak cały czas. Nikt też nie robi tego z premedytacją. Ale kto nigdy nie zezłościł się, że spotkanie z przyjacielem jest mu nie na rękę, bo musi „robić Święta”, niech… nie, niech nie rzuca kamieniem, tylko pogratuluje sobie szczerze. To jest to podejście, do którego ja dążę, ale niestety wciąż odnajduję siebie w starym schemacie.

5. Za mało dbamy o relacje

To wniosek zbiorczy ze wszystkich powyższych. Co z tego, że się przygotowaliśmy? Że kupiliśmy masę prezentów? Czy poczuliśmy radość z tego, że sami je dostaliśmy? Co z tego, że wysłaliśmy życzenia? Czy naprawdę życzymy zdrowia, szczęścia, pomyślności Marcinowi ze szkolnej ławki, chociaż wcale nie chcemy go więcej widzieć? Czy zdrowie, szczęście i pomyślność cokolwiek jeszcze znaczą, czy te słowa nie wytarły się tak, że aż w słownikach powinny w ich miejscu widnieć dziury? Co z tego, że namęczyliśmy się nad dwunastoma potrawami? Nad doprowadzeniem domu do porządku? Czy zmęczenie i nerwowość, która z niego wynikła, komukolwiek się przysłużyły?

Czy nie lepiej byłoby poświęcić komuś czas, przystanąć, wysłuchać, porozmawiać? Czy nie lepiej byłoby pomóc komuś potrzebującemu, zamiast miotać się od jednego punktu listy do drugiego? Czy nie lepiej byłoby otworzyć serce na drugiego człowieka – bez obaw, że ten człowiek poprzestawia mi moje uporządkowane życie? Czy właśnie poprzez takie pielęgnowanie relacji z ludźmi nie bylibyśmy bliżej tej najważniejszej relacji – z Bogiem?

Pewnie ten tekst brzmi dość pesymistycznie, choć wcale nie miałam takiego celu. Dlatego zakończę optymistycznie. Zaobserwowałam, że w gronie najbliższej rodziny – Mąż, ja i dzieci – udało nam się jednak zachować jakiś spokój, radość, zacieśnić więź, pobyć razem. Mimo wszystkich przeciwności, mimo że tryb świętowania temu wcale nie sprzyjał. Jesteśmy bliżej siebie, jeszcze lepiej nam razem. Kiedyś wcale nie było to oczywiste, spięcia w Święta zdarzały się częściej, niż zwykle. Tym razem było inaczej. Zmiany zaczęliśmy od siebie. Może to niewiele, ale… właśnie tak niepozornie zaczynają się wielkie zmiany – po cichu, niewidocznie dla tłumów, w bardzo wąskim gronie… zupełnie jak Boże Narodzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *