Czego nauczyła mnie czwarta ciąża

Czwartego lutego zrobiłam test ciążowy. Towarzyszyły temu wielkie emocje, dużo większe, niż przy poprzednich dzieciach. Niekoniecznie od razu były to emocje przyjemne. Wydawało mi się, że jestem na początku bardzo długiej i trudnej drogi… To niesamowite, jak szybko minął czas od tamtego momentu. Do rozwiązania jeszcze parę tygodni, ale ostatnio wiele razy złapałam się na podobnych myślach. „O, jeszcze rok temu bym tak nie zrobiła!”. „W poprzedniej ciąży w ogóle nie myślałam w ten sposób”. „Co się stało, że dziś tak żyję i nie mam wyrzutów sumienia?”.

Nie ma co ukrywać, że było to wielkie wyzwanie. Sporo w życiu planuję, choć z liczbą dzieci raczej nie stawiałam sobie ścisłych granic. Pół roku po porodzie nie myślałam jednak o kolejnym… ale stało się. Jak to u mnie, otrząsnęłam się w miarę szybko i pomyślałam sobie, że dam radę – miałam tym razem wyjątkowe wsparcie męża, który ograniczył etat w pracy oraz wsparcie psychologiczne. Okazało się jednak, że nie chodzi o to, by „dać radę”, ale o coś dużo większego.

Nieplanowane dziecko to nie wstyd

W pokoleniu naszych rodziców bardzo często dopatrywano się oznak „nieplanowania” w rodzinach oczekujących dziecka. W rodzinnych plotkach nieraz pojawiały się te tematy. Mają już dwójkę dzieci, w dodatku chłopca i dziewczynkę? Na pewno nie planowali kolejnego. Kobieta ma już po czterdziestce? Wiadomo, hormony już szaleją, nie mogła tak po prostu planować zajścia w ciążę w tym wieku. Mają małe mieszkanie? Na pewno świadomie nie zdecydowali się na taki krok. Jedno z dzieci jest niepełnosprawne? Kto byłby na tyle głupi, by znów ryzykować?

To okrutne myślenie, które nasze pokolenie przejęło. Jedynie ci, którzy dorastali w rodzinach katolickich, naprawdę żyjących wiarą i praktykujących, mogli pozostać niezainfekowani. Ale wcale nie musieli, bo przecież można też odejść w dorosłym życiu od tego, co wpoiła nam rodzina, nawet jeśli rodzice bardzo się starali. To myślenie zraniło nas i nasze podejście do własnych dzieci. Zaczęliśmy traktować „nieplanowanie” jako „niechcenie” a pojawienie się dziecka jako osobistą porażkę. Czy to zbyt mocne słowa? Może, ale do mojej świadomości bardzo dotarły i postanowiłam, że dość już tego. W Polsce, gdzie większość ludzi nie akceptuje na szczęście aborcji na życzenie, nie doprowadzi to może do takiej tragedii, jak na Zachodzie, ale i tak nie można traktować człowieka jako porażki, wypadku czy złośliwości losu. Nie po to jesteśmy wierzący, żeby wstydzić się czy coś udawać. Nie zrobiliśmy nic złego. Nie udaję, że planowałam zajść w ciążę tak szybko. Nie zamierzam jednak przekładać samej niechęci do bycia w ciąży (tyle lat to jednak wyzwanie dla zdrowia) na niechęć do dziecka. Choćbym tylko miała przed ludźmi udawać, wstydzić się, bo „tak wypada”. Dlaczego mając niewiele ponad trzydzieści lat mamy udawać, że wszystko już w życiu umiemy, wszystko rozumiemy i nad wszystkim mamy kontrolę? Jeśli to wyznacznik sukcesu, to ja dziękuję za taki sukces. Każde nasze dziecko było chciane – czwarte było chciane, zanim zrozumieliśmy, że tak jest.

Bóg odpowiada na modlitwy w najbardziej nieprzewidywalny sposób

Mówią, żeby uważać, o co prosi się Boga, bo może odpowiedzieć w sposób nieoczekiwany. To prawda. Jeszcze rok wcześniej zdecydowaliśmy się na wyprowadzkę z mieszkania. Dla naszej rodziny stało się zbyt małe, „uroki” życia w bloku uwierały coraz bardziej, sąsiedztwo pogarszało się z roku na rok, dzielnica piękna, ale wiele zmieniało się w niej na gorsze… długo można by wymieniać. Z początku mieliśmy plany szalone, ale spójne, wydawało się, że oboje z mężem chcemy tego samego. Z czasem mąż zaczął chcieć czegoś innego, ja czegoś innego, coraz trudniej było znaleźć oferty, które dało się pogodzić z naszymi wszystkimi oczekiwaniami… do tego nasze stare mieszkanie nie jest warte aż tyle, by można było przebierać w ofertach. Raczej trzeba było szukać okazji. A o okazję niełatwo…

Z tego wszystkiego zaczęłam się modlić o nowe mieszkanie, takie, które by nam obojgu odpowiadało. Ze swojej strony zrobiłam już wszystko. Sprawa się komplikowała zamiast zmierzać do celu. Niewiele po ludzku można było tu zdziałać.

Paradoksalnie właśnie wiadomość o ciąży zmobilizowała nas do myślenia. Z trójką dzieci w tym mieszkaniu? Nie możemy czekać dłużej. I pomyśleliśmy o tym, czego nie dopuszczaliśmy dotąd – przynajmniej ja – jako poważnej możliwości. O wolnym mieszkaniu w domu, który został po babci męża. Dom został w ostatnich latach bardzo rozbudowany, mieszkali w nim od niedawna teściowie oraz – trochę dłużej – stryjek męża z rodziną. Jedno mieszkanie, na pierwszym piętrze, przypadkiem akurat należało do teściów. Przypadkiem także było prawie trzy razy większe, niż nasze dotychczasowe i w dużej mierze już wykończone. Dodatkowo w pięknej okolicy, blisko lasu. A zarazem w Warszawie, więc nie na odludziu. Przypadkiem także mieliśmy trochę oszczędności na kupno wyposażenia…

W porządku, to mnie było potrzeba kolejnego dziecka w drodze, by się na to zdecydować. Mąż pewnie sam z siebie byłby mądrzejszy. Mimo wielu obaw, zaryzykowałam. I teraz nie mogę uwierzyć, ile komfort życia w normalnym miejscu – przecież nie zmieniła się rodzina, tylko mieszkanie i otoczenie! – dał mi siły. Jeszcze rok temu na tym etapie ciąży miałam dni bardzo ciężkie, do załamania się wystarczyło mi nie przespać nocy (co w tym stanie jest dla mnie normalne). A miałam tylko jedno dziecko pod opieką! Teraz z dwójką jest mi dużo łatwiej. Mam dom, w którym chce mi się żyć. Działać. Utrzymywać porządek. Opiekować się dziećmi. Nawet trudności łatwiej pokonywać. I nie chodzi tu o obecność dziadków, bo ci – choć wiele pomagają – nadal pracują, więc większość dnia, kiedy mąż jest w pracy, ciągle wygląda tak, że jestem z dziećmi sama. Ale jak wielkie ma znaczenie to, gdzie jestem!

Mąż odczuwa to podobnie. Musimy tylko powtarzać sobie, że to numer na jeden raz – mało prawdopodobne, żeby przy kolejnym dziecku spadł nam z nieba pałac 😉

Jestem ważna

Wygląda na to, że żyjemy w złotych czasach. Wciąż powtarza się kobietom: „ty też jesteś ważna, musisz dbać o siebie, ty też odpoczywaj, zajmij się czymś, nie tylko dziećmi i domem”. Powtarzają to zwykle osoby, które a) same wcale tak nie żyją lub b) są w tak różnej sytuacji życiowej, że brzmi to jak rada, by jeść bułki, skoro nie ma chleba. Poza tym, co znaczy „ty też”? Dla mnie to brzmi jak „wprawdzie dzieci są najważniejsze, ale ty też musisz dbać o siebie, no bo kto zadba o dzieci, jak się posypiesz”. Czyli siłą rzeczy nadal nikomu nie chodzi o tę konkretną Grażynę czy Halinę, tylko o przydatnego robotnika, na utratę którego firma zwana rodziną nie może sobie pozwolić. A to całkiem kłóci się z moim podejściem. Nie uważam, żeby rodzina była furmanką, którą ciągnie jedna spracowana klacz. Widzę ją raczej jako drużynę lub (ostatnio) jako organizm, o który trzeba zadbać całościowo, żeby dobrze funkcjonował.

Druga sprawa: dbanie o siebie stało się nie tyle normalną, wpisaną w codzienny rytm dnia chwilą, ale kolejnym obowiązkiem na liście. Kolejna rzecz, którą muszę. A skoro muszę, to powinno to być coś, co daje widoczne dla otoczenia efekty. Już kiedyś pisałam o tym, że kobieta prędzej kupi karnet na siłownię albo pójdzie do kosmetyczki, niż do lekarza czy fizjoterapeuty. A co, jeśli największą potrzebą w danym momencie jest leżenie? Co, jeśli nie chce się od razu czytać ambitnych książek czy dokształcać językowo, ale po prostu oglądać filmy na Youtubie? Albo patrzeć w okno? Bez usprawiedliwienia, że nawet leżąc robię coś „wartościowego”, bo przecież leżenie i nabieranie sił nie może samo w sobie być wartościowe?

To, że jestem ważna, oznacza, że pozwalam sobie na chwile, kiedy nic nie muszę. Kiedy nawet nie muszę myśleć o tym, co będę musiała później. Mogę sobie zapisać listę obowiązków, rozpisać plan tygodniowy. Ale w tym konkretnym momencie mogę leżeć, mogę nabierać sił, mogę być blisko sama ze sobą, dbać o swoje prawdziwe potrzeby. Muszę to czasem tłumaczyć dzieciom, które są jeszcze małe. Ale nie muszę nikomu SIĘ z tego tłumaczyć. Nie muszę mieć wyrzutów sumienia. To jest normalne!

Trudności też są po coś

Nie nauczyłabym się tego, gdyby w czwartej ciąży nie dopadły mnie kłopoty ze zdrowiem, podobno typowe dla ciężarnych, których jednak w żadnej z poprzednich ciąż nie miałam. Już na przełomie pierwszego i drugiego trymestru miałam problem, który powrócił w trzecim trymestrze ze zdwojoną siłą. Przez dwa tygodnie męczyłam się z uciążliwą infekcją. Przyzwyczaiłam się już nawet do cierpienia, do tego, że znów pierwszy antybiotyk okazał się nieskuteczny i musiałam dostać drugi, mocniejszy. Ale przyzwyczajenie sprawiło, że musiałam włączyć tryb „przetrwanie”. Nie mogłam już chodzić na spacery z dziećmi i nie mogłam też walczyć z wyrzutami sumienia, które jeszcze niedawno na pewno bym miała z tego powodu. Musiałam poszukać czegoś innego, co mogłabym robić z dziećmi w domu. Musiałam też nauczyć się mówić – nie zrobię tego, teraz nie mogę. Mamusia źle się czuje. Mamusia musi odpocząć. Teraz mama będzie siedzieć na kanapie.

W efekcie podstawowe potrzeby dzieci były spełnione, dodatkowo ja dawałam im tyle, ile mogłam, bawiąc się klockami czy piekąc wspólnie ze starszym ciasteczka, ale nie przeciągałam struny, co nieustannie miało miejsce w poprzednich miesiącach. Kiedy czułam się lepiej – robiłam więcej, kiedy gorzej – mniej. Przekładanie obowiązków na kolejny dzień czy pozwalanie, by zrobił to mąż, przestało być porażką. Nie wiem, czy bez tej choroby umiałabym do tego tak szybko dojść. Nie cieszę się oczywiście, że byłam chora – wciąż obawiam się badań kontrolnych i nawrotu – ale wiem, że wyciągnęłam z tego czasu tyle dobra dla siebie i innych, ile się dało.

Każda ciąża to nowa przygoda

Te problemy pojawiły się dość niespodziewanie. Wyszłam z założenia, że czwarta ciąża to już rutyna. Co nowego może mnie zaskoczyć? Będę mieć mdłości do 14. tygodnia, potem do 34. spokój i powolne turlanie się do końcówki, które pewnie mnie wykończy. Koło 20. tygodnia zjadą mi wyniki morfologii, a potem wrócą do normy, z lekami albo bez. Tak było zawsze. Tak to sobie wyobrażałam. A tu inaczej – mdłości minęły po 11 tygodniach, po 34 wcale nie zaczęłam mieć dosyć. Miewam gorsze dni, ale miewam też takie, że siły dopisują mi nie gorzej niż niejednej kobiecie bez dziecka w brzuchu. Nie pojawiły się oczekiwane dolegliwości, za to dopadły mnie inne, nieoczekiwane. Te rozbieżności nie są duże – prawdziwego szoku muszą doznawać kobiety, które po kilku bezproblemowych ciążach muszą kolejną przeleżeć w szpitalu – ale widzę, jak bardzo myliłam się myśląc, że będę postępować rutynowo, bo przecież nic mnie nie zaskoczy. Nadal tkwię trochę w tym myśleniu, bo na przykład zakładam, że urodzę raczej po terminie niż przed (znając moje tendencje) i robię normalne plany na wrzesień, łącznie z planem pojawienia się na ślubie i weselu brata męża. A przecież może być całkiem inaczej. Uczę się to akceptować i wierzyć, że niezależnie od tego, czy będzie rutynowo czy inaczej – będzie dobrze.

Każda ciąża jest nową przygodą, bo każde dziecko jest inne. Próbujemy je poznać przed urodzeniem, notując swoje dolegliwości i nastroje. Przyglądamy się buzi na zdjęciu z USG. Liczymy ruchy i wyciągamy wnioski (mój jest taki, że dziewczyny kopią niemiłosiernie!). Siłą rzeczy porównujemy do poprzednich ciąż, poprzednich dzieci. Próbujemy przewidzieć, jakie będzie to kolejne dziecko. Składamy łóżeczko, które może się nie przydać, bo dziecko będzie spało z rodzicami. Kupujemy wielki materac, bo zakładamy, że będzie spało z rodzicami, a ono po trzech miesiącach wybiera spanie w łóżeczku (obie sytuacje przerobiliśmy). Przygotowujemy się na wszystko, zakładając, że już to wiemy, że nic nas nie zaskoczy. Że niczego się już nie nauczymy. Że to tylko „kolejny raz to samo”.

Po czym pojawia się kolejny Człowiek, a całą układankę trzeba pozbierać z podłogi i zacząć od początku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *