Dzieci szczęścia nie dają

Pieniądze szczęścia nie dają. A dzieci? Różne doświadczenia wynosimy z domu rodzinnego. Nasi rodzice traktują nas najlepiej, jak umieją – zazwyczaj. I tak jak potem nam, już dorosłym i wychowującym własne dzieci, wychodzi im to różnie. Niektórzy narzekają, jak niewiele mogą zrobić, mając dzieci na głowie. Wspominają „dobre czasy”, piękną figurę, czas wolny, imprezy i pieniądze, które nie rozchodziły się błyskawicznie na jedzenie i buty dla gromadki pociech. Inni trzymają fason latami, uśmiechając się i chowając swoje żale gdzieś po kątach, aż wyjdą przypadkiem i rozwalą parę szklanek, a w najgorszym razie czyjeś poczucie własnej wartości. Mam nadzieję, że w naszym pokoleniu nadchodzi trzecia kategoria rodziców, ale o tym innym razem.

To mówią – otwarcie lub przemawiając czynem – nasi rodzice. A potem my mamy dzieci. I dajemy im to, czego potrzebują. Szybko się okazuje, że to bardzo dużo, dużo więcej, niż myśleliśmy. Niektórzy z nas mówią, że nic nie tracą. Trudno się przyznać, że coś się dla kogoś traci, przecież mówią nam, że żyjemy po to, by brać. Może czasem można oddać komuś jakąś rzecz, której mamy w nadmiarze. Ale rodzicielstwo to nie majątek, z którego można oddać coś, co zbywa. Dzieci biorą wszystko. Gdzieś tam próbujemy ocalić resztkę dawnego świata, życia, które teraz wydaje się całkiem satysfakcjonujące, ale wtedy tak nie myśleliśmy. Nawet głupi hasztag na instagramie #jestemmamapijeciepla (to o kawie, oczywiście) świadczy o tym, że człowiek chce zachować coś swojego. Te z trudem wywalczone drobiazgi, które kiedyś były oczywistością, nagle stają się luksusem. Jak powiedział Wojciech Cejrowski w jednym z odcinków, luksus jest w głowie – zależy od punktu widzenia. Dla rodzica to nie wczasy na tropikalnej wyspie, ale dwie godziny ciszy. Nie drinki z parasolką, ale chociaż piwo bezalkoholowe wypite na spokojnie. Nie widok lazurowych wód oceanu, ale chociaż pachnąca kąpiel w wannie.

Niezależnie od tego, czy własna mama była po stronie „lukrowanego” macierzyństwa, czy opisywała swoje życie „po dzieciach” jako pasmo niekończącego się trudu, doświadczymy tego samego – lęków, zachwytów, zmęczenia, radości, bezgranicznego oddania bez liczenia na wzajemności, dumy, upadków i wzlotów. Niektóre z nas w końcu wyjdą na prostą, inne utkną po drodze, przytłoczone nadmiernym ciężarem. Gdzieś kiedyś, może po drugim albo szóstym dziecku, poddamy się nawet w walce o swój własny, bardzo umownie już nazywany luksus.

Wcześniej lub później okaże się, że dzieci nie dały szczęścia.

Czyż to nie wstrząsające? Przecież tyle osób to obiecywało, tyle zadowolonych mamusiek twierdziło, że nie ma nic lepszego na tym świecie. Że te kariery, życie od imprezy do imprezy, kulturalne wydarzenia, towarzyskie spotkania, cisza w domu, porządek i sen, to są sprawy przy szczęściu rodzicielskim w zasadzie nic niewarte. Większość ludzi, wcześniej lub później, chce to poświęcić, by mieć dzieci. Niektórzy latami walczą z niepłodnością. Celebrytki po czterdziestce chcą czwartemu mężowi urodzić jeszcze jedno dziecko, choć przecież mają już po jednym z każdym z poprzednich mężów. Wszystkie ideologie świata nie są w stanie tego zagłuszyć, wszystko jedno, czy motywacje są słuszne, a kobieta, oprócz metryki, naprawdę dojrzała. Bogata pani z telewizji będzie mieć nieco łatwiej, ale jej także dzieci szczęścia nie dadzą, choć przecież marzenie zostanie spełnione. „Co chciałaś robić?”, pyta niania w filmie „Tully”, a zmordowana matka trójki dzieci odpowiada, że najgorsze jest, że właśnie ma to, o czym marzyła.

Nie jestem mądra i nie wydaje mi się, żebym odkrywała coś wyjątkowego. Ale nieraz zastanawiałam się, co jest nie tak, bo przecież w małżeństwie szczęście wygląda całkiem inaczej, pod wieloma względami prościej – pewnie dlatego, że mamy wybór, z kim w małżeństwo wchodzimy, że to osoba dojrzała, równa nam w odpowiedzialności za relację. Tu można mieć jakiś wpływ, można przegadać coś razem i wspólnie uczynić życie piękniejszym. Ale już dwulatkowi nie powiem „ogarnij się z pieluchami, bo mi zmniejszasz satysfakcję z macierzyństwa”. I tak jak mówię – nie dokonuję wielkich odkryć. Piszę, co mi się wydaje. A wydaje mi się, że dzieci nie dały szczęścia, bo nie miały skąd go wziąć. Przyszły na świat i przyniosły tylko siebie. Bądźmy szczerzy, to wszystko, czego od nich wtedy oczekiwaliśmy. Żeby przyszły i zostały z nami, przynajmniej na ten krótki czas, zanim od pierwszej kupy w nocniku do pierwszego pocałunku z przyszłym współmałżonkiem minie tych pięć minut (To znaczy plus-minus dwadzieścia lat, ale będąc rodzicem w zasadzie na jedno wychodzi). Cała reszta to oczekiwania, które mieliśmy tak naprawdę wobec siebie. Dzieciom nic do tego.

Wszystko zależy od punktu widzenia, ale dla mnie to dobra wiadomość – to, że nie dzieci dają szczęście, tylko wchodzą w to, które już tu zastają. Wchodzą tak, jak normalnie wchodzi się do swego nowego domu. No, one może się mniej cackają… Niekiedy przez takich bezkompromisowych użytkowników cała budowla nadaje się do remontu, przebudowy albo rozbiórki i zbudowania na nowo, ale nie jest nigdy bezpowrotnie utracona.

Chyba, że nigdy jej nie było i naprawdę czekamy na to, że dzieci zbudują ją za nas. Tylko skąd one mają wiedzieć, jak to się robi?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *