Gdzie jest moje „fiat”?

Miałam ostatnio przerwę od pisania na blogu. Nie będę ukrywać, dlaczego. Miałam tu opublikować coś całkiem innego… miałam różne pomysły, plany. Teraz wydają się całkiem śmieszne. Może kiedyś powrócą na listę tematów, jednak jak na razie zupełnie wypadły z gry na rzecz nowych życiowych okoliczności. Ale nie byłabym sobą, gdybym i tych okoliczności nie wzięła za okazję do kilku przemyśleń.

Teoretycznie człowiek wierzący powinien w każdym momencie życia być gotowy na przyjęcie woli Bożej. Teoretycznie ta zwyczajna niedziela nie różni się od poprzedniej. Ani od Palmowej. Ani od Zesłania Ducha Świętego. Są święta i uroczystości, ale uważam – za śp. księdzem Kaczkowskim – że zwykła niedziela jest równie dobra do zmiany swojego życia, jak ta świąteczna. A w ogóle przecież nie musi to być niedziela. Nie musimy nawet być w kościele i pobożnie składać rąk na Mszy Św. w pierwszym rzędzie, żeby powiedzieć Bogu „tak”.

Teoretycznie tak jest. W praktyce… mam czasem takie momenty, kiedy oblatuje mnie strach. To są w pewnym sensie dni uroczyste, choć może nie mają w Kościele wysokiej rangi, albo nawet żadnej. To bywają moje osobiste rocznice, jakieś przełomowe rekolekcje, koniec lub początek roku, albo taki „strzał w głowę” – kiedy przychodzę do kościoła, a Ewangelia i/ lub kazanie zdają się być skierowane specjalnie do mnie. W takich momentach oblatuje mnie strach. Dlaczego? Bo czuję, że „coś będzie”. Zaczynam się bać. Lęk przed tym jest – co pewnie niejeden ksiądz potwierdzi – działaniem złego ducha, pokusą, która ma zasiać wątpliwości. „A może On ci zrobi coś złego?”, mówi. „A może ktoś zachoruje? Może coś strasznego się wydarzy? Może życie ci się zawali?”.

Często – niestety – zaczynam podejrzliwie i z lękiem ważyć słowa, czy aby na pewno moje „tak” jest takim bezwzględnym „tak”. I czy chcę, by takim było. A może jednak lepiej się zastanowić? Może takie „fiat” to tylko dla Maryi, a ja powinnam siedzieć cicho i modlić się o „zdrowia, szczęścia, pomyślności”? Szczególnie pomyślności, czyli – żeby było po mojej myśli. Kto, jak nie głupi, modli się o krzyż, cierpienie, smutek, trud, psychiczne wyczerpanie? Może „modli się” to za dużo powiedziane, ale kto naprawdę z czystymi intencjami, mówi – tak, wezmę od Ciebie i dobro, i zło? Może, kiedy jak Hiob już wszystko straci… może wtedy, kiedy nie może być gorzej, powie „tak”. Ale kiedy ma to „wszystko” i pojawia się potencjalne zagrożenie – gdzie jest ta zgoda na wolę Bożą?

No dobrze, a jeśli zły ma rację? Może ją mieć! Może mieć rację, że czekają mnie trudności, tylko nigdy nie trafia z konkretami. Albo to ja nie trafiam z tym, co sobie wybieram z jego arsenału moich największych lęków. Myślałam kiedyś po przełomowych rekolekcjach, że będzie jakiś krzyż, nawet sobie wymyśliłam, jaki. Owszem – był krzyż, nasz pierwszy syn okazał się śmiertelnie chory. Ale to było zupełnie coś innego, niż myślałam. Na przełomie roku też ostatnio już sobie coś wymyślałam… i, jak grom z jasnego nieba, trafiła mnie niespodziewana łaska, z początku trudna do przyjęcia, bo… bo po prostu bardzo, ale to bardzo niespodziewana.

Spuszczając trochę z tego pełnego patosu balonika… Można też nie dorabiać głębi i uznać, że wszystkiemu winne są postanowienia noworoczne. Pisałam, że ich nie robię. Ale cóż, zrobiłam i sama jestem sobie winna! Cechą noworocznych postanowień jest bowiem wiszące nad nimi fatum szybkiej klęski. Jeśli chcesz schudnąć – przytyjesz po góra miesiącu. Karnet na siłownię zapodzieje się gdzieś w połowie lutego. A teraz wyobraź sobie, że postanawiasz w tym roku nie zajść w ciążę! Tylko tyle… Nie – przeczytać 100 książek. Nie – wejść na Mount Everest. Nie – pójść wreszcie do dentysty. Tylko nie zajść w ciążę. Cytując klasyka – co mogłoby pójść nie tak?

Ponieważ to postanowienie noworoczne, odpowiedź brzmi: wszystko.

Ale tym razem chcę oddać kontrolę. Przestać wreszcie przewidywać samo zło, bać się, myśleć zbyt wiele. Teraz naprawdę, inaczej niż zwykle, chcę powiedzieć nie „Jezu, ja się będę martwić, a Ty ewentualnie mnie pociesz”. Nie „Jezu, tu są moje czarne scenariusze, zobacz, jakie ładne”. Tym razem naprawdę chcę powiedzieć: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Albo, jak powiedziała koleżanka nieco bardziej dosadnie: „Wymyśliłeś, to się teraz martw”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *