Kalendarz Kobiety 2018 – recenzja osobista

Już niewiele ponad miesiąc został do końca roku, a ja już zaglądam w kalendarz i myślę nad czasem, który upłynął… tyle zwykłych wydarzeń, które tworzą życie. Ten rok był bardzo intensywny i wiele się zmieniło w naszym małżeństwie i w rodzinie. Odkąd urodziła się Emilka, czas pędzi jeszcze szybciej. Zaglądam w kalendarz nie tylko po to, by pamiętać, co się zdarzyło, ale i po to, by pamiętać o tym, co ma (jeśli Bóg da) nadejść. Inaczej łatwo się pogubić…

Właśnie – zaglądam w kalendarz. Niemal co roku go kupuję. Obiecując sobie, że tym razem o nim nie zapomnę. Że posłuży mi dłużej, niż do końca stycznia. Niestety aż do tego roku mój rekord wynosił chyba półtora miesiąca… jakoś nie miałam głowy notować, zaznaczać, pamiętać. Wszystko to były zwykłe, anonimowe notesy z datami. Kalendarz Kobiety okazał się inny.

Kupiłam go trochę przypadkiem. Szukałam prezentu dla dziewczyny brata Męża i przypomniałam sobie o kalendarzu, który był „reklamowany” rok wcześniej podczas rekolekcji dla kobiet, w których brałam udział. Kupiłam ten kalendarz sobie, bo czas było już pomyśleć o kalendarzu, a spodobało mi się to czytanie Biblii wplecione w codzienność, w zwykły bieg cotygodniowych zdarzeń. Niby z tego jeszcze nic nie wynika, bo inspirujące cytaty można sobie wieszać na ścianach i płakać w depresji pod wielkim designerskim „Never Give Up”, ale jednak… zaryzykowałam.

Lubię rzeczy piękne, więc już sam wygląd kalendarza mnie urzekł. Twarda okładka, częściowo błyszcząca, częściowo matowa (ten mat trochę mi się zabrudził po prawie roku, ale nie zniszczył!). Ilustracje spójne i przemyślane, jak zresztą każdy szczegół, każda czcionka, każdy najmniejszy ozdobnik, każde użycie tego czy innego koloru. Ja to umiem żołnierzyki malować, ale takiego cudeńka bym nie stworzyła.

Być może efekt byłby i tak dobry, gdyby były tam same cytaty, bez całej tej pięknej otoczki. Bo przecież na to się głównie nastawiałam, zanim miałam ten kalendarz w rękach. Ale to coś więcej, niż fajnie brzmiące cytaty z Biblii. Bo widać po ich doborze jakiś głębszy plan. Nie są wyrwane z kontekstu, ale przemyślane. Patronką każdego miesiąca jest jedna z kobiet Starego Testamentu. Wiadomo, z niektórymi można się identyfikować bardziej, z innymi mniej. Ale warto znać punkt widzenia każdej. To nie są marionetki Pana Boga, to postaci z krwi i kości. Te, które nic nie musiały, ale całym sercem wybrały, mimo sytuacji, które (po ludzku rozumując) nie dawały im większego wyboru. Jak widać, można takie treści przekazać nie tylko w formie konferencji na rekolekcjach, ale i pod postacią kalendarza dla kobiet.

Aha! Z kronikarskiego obowiązku muszę napisać, że do kalendarza były dodane naklejki. One też są przydatne i ładnie uzupełniają całość. Ale ja gapa się nie zorientowałam i przypadkiem wszystkie oddałam tej cudownej osóbce, co to żoną mego szwagra zostanie. Następnym razem będę pamiętać, by wziąć swoją część.

Dobrze, ale czy są jakieś minusy?

Zarówno plusy, jak i minusy są subiektywne. Dla mnie cena 39, 90 to żaden minus. Format jest mało wygodny do noszenia w torebce (podobnie jak waga), ale z drugiej strony, ten kalendarz w mniejszym formacie byłby po prostu za gruby. Albo nie zmieściłoby się tam tyle treści, przez co wiele by stracił. Mamy więc coś za coś. Ja go ze sobą nie noszę, chyba że jadę gdzieś dalej i na dłużej. Używam go w domu, to taka moja „księga codziennego życia”, uzupełniana o ważne rzeczy, o których muszę pamiętać.

Właśnie… to, za co płacimy i co dostajemy do rąk, to jedno. Ale to, czym zapełnimy kalendarz, to drugie. Można wpisywać tylko daty urodzin, rocznic, wizyty lekarskie z dziećmi… można też pokusić się o wiele więcej. Kalendarz robi wiele, by rozbudzić naszą kreatywność i niestety czuję, że nie wykorzystałam tego w pełni, zwłaszcza w tych tygodniach po narodzinach córki (ale z drugiej strony, kto z noworodkiem ma na to czas?). Ale wiele mi dał choćby w temacie praktykowania wdzięczności. O tym faktycznie udaje mi się regularnie pamiętać, bo miejsca na wypisywanie dobrych rzeczy jest dużo. A jeśli akurat mam trudniejszy czas… jest też miejsce na modlitwy, również te krótkie i najbardziej rozpaczliwe. Czasem dobrze jest zapisać i przeczytać własną modlitwę. Panu Bogu to różnicy nie robi, ale człowiek zaczyna lepiej rozumieć siebie. Zbiera się z podłogi po ciężkim tygodniu. Motywuje się do działania. Jest gotów znów stawiać czoła złu i przyjmować wszelkie łaski z ufnością i nadzieją. I może to brzmi głupio, że jakiś tam kalendarz mi w tym pomaga, ale jak mawiają mędrcy z Internetu – jeśli coś jest głupie i działa, to nie jest głupie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *