Niebo!

Czasem mam tak, że piszę jakiś tekst przez wiele dni. Czasem napiszę szybko, niemal jednym tchem, ale czekam, aż się „uleży”, bo np. mam emocjonalny stosunek do sprawy i chcę nabrać dystansu. Czasem mam zamiar napisać na jakiś temat, a wychodzi mi coś zupełnie innego. Wszystko to jakoś dojrzewa w tej przestrzeni pomiędzy głową a klawiaturą.

A czasem zdarza się w życiu coś drobnego i niepozornego, co wywraca w jednym momencie całe spojrzenie na świat do góry nogami i nijak nie można znaleźć dobrych słów, by o tym napisać, oprócz tych najprostszych. A pisanie jak najprościej jest najtrudniejsze. Bo przecież, jak wszyscy dorośli ludzie, muszę w tym mieć jakiś porządek – nakreślić tło, charakterystykę postaci, opisać dokładne okoliczności zdarzenia. Bo to musi być zrobione dobrze, zaplanowane, trzeba użyć odpowiednich słów, wprowadzić dobrze w temat, zakończyć błyskotliwą puentą. Nawet modlitwę muszę mieć zaplanowaną, według określonego porządku, pod kontrolą.

Mój synek ostatnio uwielbia patrzeć w niebo. Chyba zawdzięczam tę „fazę” babci, która zawsze robi to, czego ja – z niemowlakiem na rękach – już tak często nie mogę robić. Bierze wnuka na ręce i po prostu pokazuje mu świat z dziewiątego piętra. Tramwaje. Drzewa. Okna innych bloków. Nasz dwulatek ogląda to wszystko z zaciekawieniem. Ale najbardziej interesuje go niebo – z chmurami, bezchmurne, jasne, ciemne, granatowe, fioletowe, błękitne, ołowiane.

I przyszedł taki moment, że to właśnie mój syn pokazał mi, ile wart jest mój porządek, kontrola, moje zaplanowane obowiązki i dobrze wypracowane schematy.

W tamtej chwili przewijałam jego siostrę. Dzień jak każdy inny. Myślałam, jak często, ile jeszcze mam do zrobienia. Wstyd przyznać, ale ciągle jeszcze zdarza się, że na liście obowiązków pojawia się modlitwa. I to nie jako obowiązkowy „duchowy odpoczynek”, ale jako coś, co muszę gdzieś w ten cały plan wcisnąć. W określonej formie…

– Niebo!

…w prawidłowym porządku…

– Niebo! – powtórzył i podniósł ręce do góry.

…według właściwego schematu…

– Niebo! – tym razem stanowczo złapał mnie za nogę i spojrzał mi w oczy.

I nagle stanęłam jak wryta.

Popatrzyłam na syna. Tego, co to nazywany jest pieszczotliwie hultajem, nicponiem, gałganem, urwisem. Tego, co to kradnie ciasteczka, zabiera mi marchewki z talerza i wrzuca świnkom morskim do klatki, tego, co to tylko patrzy, żeby zakraść się do kuchni i włączyć czajnik. Popatrzyłam na niego raz jeszcze. Zrozumiałam, że właśnie zobaczyłam istotę prawdziwej modlitwy.

Ufnie wyciągnięte ręce, spojrzenie utkwione w górze.

Krótka, zdecydowana prośba. Natarczywa, niecierpliwa.

Całkowite zaufanie, świadomość własnych ograniczeń.

Bo on wie. Wie, że nie ma absolutnego wpływu na wszystko.

Wie, że nie może się wznieść sam z siebie, że jedynie ja – siła wyższa – mogę go unieść w górę.

Wie, że nie ma nade mną kontroli, ale nie boi się prosić, uparcie i zdecydowanie.

Wie, że tylko dzięki mnie zobaczy niebo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *