O dziecku, którego tu nie ma.

Jestem mamą trójki dzieci. To mówię zawsze wszystkim. Kiedy pojawią się kolejne, nadal będę mówiła uparcie o wszystkich. Dlaczego? Bo muszę. Bo kto będzie pamiętał, jeśli ja zgodzę się na niepamiętanie? Ciocia, która na pogrzebie włożyła pluszowego misia do grobu? Ładny gest, ale ona już nie pamięta. Przyjaciele, znajomi? Coś im będzie świtało, ale kiedy zapytasz ich, ile mamy dzieci, powiedzą: dwoje. Może jedna czy dwie osoby, najczęściej ci, którzy to przeżyli, będą pamiętać. Ale jeśli my zgodzimy się zapomnieć, to przecież i inni nie będą się wychylać.

Mój pierwszy syn Jan jest w Niebie. Jest dzieckiem, które umarło w drodze na ten świat. Ale przecież było też częścią tego świata przez dziewięć miesięcy. Wszędzie, gdzie byłam ja, był też on. Kiedy już wiedzieliśmy, że umrze, robiliśmy wszystko to, co chcielibyśmy robić z nim w przyszłości. Tej przyszłości miało nie być, więc robiliśmy to wszystko właśnie wtedy, kiedy byłam w ciąży. Chodziliśmy na spacery. Karmiliśmy kaczki. Głaskaliśmy synka przez brzuch i mówiliśmy, że go kochamy. Nie mówiliśmy, że nie możemy doczekać się porodu, nawet gdy ciąża dobiegła do 42 tygodni. Tego nie mogliśmy powiedzieć, bo poród nieuchronnie oznaczał koniec naszej wspólnej drogi.

Pierwsza ciąża to ogromne przeżycie. Zmiany, które już w nas pozostaną. Choćbyśmy nie wiem jak na to czekały, wszystko nas zaskoczy. Od dwóch kresek na teście do porodu. A to tylko pierwsze dziewięć miesięcy macierzyństwa. Jeszcze takiego ukrytego, ale jednak macierzyństwa. Co jednak się dzieje, jeśli nie ma dziewięciu miesięcy, ale dwa lub trzy? Albo po dziewięciu miesiącach wcale nie słychać tego wyczekiwanego pierwszego krzyku? Przecież to był człowiek. Nikt prócz Boga go nie poznał, nie widział go za życia, nie rozmawiał z nim. Ale był człowiekiem, żył wśród nas, choć niewidoczny. Urodził się tak samo, jak w późniejszych latach jego młodsze rodzeństwo. Tylko nie mógł tutaj pozostać.

Cały świat po stracie dziecka się zmienia. Otwiera się jakaś nowa jego część. Nie jest to ta część, w której fruwają kolorowe baloniki wśród pastelowych ścian dziecinnego pokoju. Ta część jest mroczna, ale z nią trzeba się zmierzyć, bo nie zniknie. Możesz posprzątać cały dom. Możesz wrócić do pracy po kilku dniach albo tygodniach. Możesz wyjechać na długie wakacje z mężem. Ale gdzieś tam będzie cały czas ta część świata, jak dziura w chodniku, której nie wyminiesz, nie zdołasz zanegować jej obecności.

Nie mówię, że to jakaś Otchłań, która zabiera wszystko, co dobre. Nie mówię, że żałoba, choćby najdłuższa, nigdy nie ma końca. Ale nawet na końcu tej drogi czeka już inny świat. To nie jest świat bez nadziei. Można w nim spotkać wspaniałych ludzi, którzy będą wyciągać ręce, aby pomóc. Tych, którzy to przeżyli i będą wiedzieli, czego nie mówić. Bo właściwie to lepiej nie powiedzieć nic, niż powiedzieć jedno niewłaściwe słowo.

A potem będą kolejne rocznice i pamiętne dni, Dzień Dziecka Utraconego, dzień narodzin i śmierci, dzień pierwszego USG, drugiego, trzeciego. Potem może być kolejne USG, tym razem w kolejnej ciąży. Lęk przed spojrzeniem w monitor. Kolejne badania – może poznasz przyczynę tamtej śmierci, może nie – kolejne porody. Zdrowe dzieci, uśmiechnięte, radosne, absorbujące i męczące. Tylko zawsze będzie o jedną osobę za mało. Ten człowiek, brakujący element, będzie odczuwalny w każdym momencie. Nie zawsze z bólem. Zazwyczaj z wdzięcznością, że w ogóle był. Zazwyczaj z radością na myśl, jak zmienił życie i co ze sobą – prócz żałoby po rozstaniu – przyniósł. Czasem tylko słowo „powinien” wzbudzi jakiś smutek. Powinien tu być. Miałby dopiero rok, dwa, trzy. Powinien się bawić z bratem, przeszkadzać siostrze w spaniu. Powinien szaleć na placu zabaw, biegać po parku, wrzeszczeć z radości wniebogłosy. Powinien żyć.

Ale skoro on, ten brakujący członek rodziny jest już w Niebie, to nie on, a my jesteśmy jeszcze „nie na swoim miejscu”.

2 thoughts on “O dziecku, którego tu nie ma.”

  1. Nie będę pisał, że wiem co czujesz, bo na szczęście nie wiem. Los oszczędził mi takich wrażeń w życiu prywatnym.

    Natomiast zawodowo, ze śmiercią ludzi w bardzo różnym wieku spotykam się zbyt często. I o ile śmierć ludzi starszych lub przewlekłe chorych nie robi na mnie już większego wrażenia, to do śmierci dziecka nigdy się nie przyzwyczaję. I wiem też, że rodzic tego nigdy nie zapomni.

    Dlatego cieszy mnie, że dajecie z Tomkiem radę i wciąż Wierzycie.

    Dużo zdrowia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *