O nieustającej relacji z dzieckiem

Mówią, że byłam cichym dzieckiem. Spokojnym. Chyba faktycznie byłam cicha, choć nie zawsze wiązało się to ze spokojem. Ale trzydzieści lat temu utożsamiano te dwie rzeczy. Ba, nadal przecież odruchowo się je utożsamia. „Cisza i spokój” idą ze sobą w parze. Czasem faktycznie tak jest. Czasem nie. Ja przeżywałam wiele niepokojów, ale przeżywałam je w ciszy. Rzadko miałam towarzystwo. Byłam wycofana, nieśmiała, miałam własny świat. Lubiłam bawić się sama. Rzadko nawiązywałam przyjaźnie. Często się urywały, bo ktoś poszedł do przedszkola, do innej szkoły. Bywały też znajomości toksyczne, nawet w podstawówce, kiedy dzieci są jeszcze takie niewinne. Zawsze miałam poczucie, że ludzie jakoś mnie nie lubią i bezpiecznie czułam się w świecie, w którym nikt nie mógł mnie odrzucić.

Nie mówię, że byłam odludkiem. Chciałam być blisko ludzi, mieć przyjaciół, potem także chłopaka. Z perspektywy czasu widzę, że wiele głupich rzeczy w okresie nastoletniego buntu robiłam nie po to, by zrobić na złość rodzicom, ale po to, by ktoś mnie polubił. Czy działało? Oczywiście, że nie. Na dłuższą metę nikt nie polubi kogoś, kto nie jest sobą. Ale udało mi się poznać kogoś, dla kogo mogłam być sobą – mojego Męża. Nie musiałam już być cicha ani spokojna. Człowiek, z którym żyję, nigdy mnie nie osądza i daje poczucie bezwarunkowej akceptacji. Staram się odwzajemniać tym samym. Staramy się oboje tworzyć dobre małżeństwo, dobrą rodzinę. Spodziewałam się, że nasz syn – drugi, a pierwszy, który z nami został i dla którego możemy być pełnowymiarowymi rodzicami – będzie do nas charakterem podobny. Nie miało to znaczenia, do kogo bardziej – oboje jesteśmy spokojni, nie szukamy mocnych wrażeń, nie imprezujemy i nie lubimy hałasu. Nie zdając sobie z tego sprawy, spodziewałam się, że mój syn będzie dzieckiem podobnym do mnie, „cichym i spokojnym”, samodzielnym pod każdym względem.

Nagle okazało się, że moje dziecko nie umie bawić się samo. To znaczy – trochę umie, ale ciągle pragnie mojej obecności. Mało, że obecności – ale mojej uwagi, ciągłej interakcji. Lubię się z nim bawić. Lubię budować z klocków, lubię czytać synkowi książki, lubię chodzić z nim na spacery. Ale oprócz tego mam swoje potrzeby i obowiązki. Nie mówię o jakimś wielkim relaksie. Pewnie, że nie spodziewałam się mieć na to wiele czasu przy małym dziecku. Ale czasem nie mogę nawet iść do łazienki, bo tam także prześladuje mnie przyzywający stanowczo głos, czasem w akompaniamencie rączek uderzających o drzwi. Zresztą moje potrzeby to pół biedy – nie mogę też spokojnie zrobić obiadu, rozwiesić prania, posprzątać. Mały chłopiec skutecznie przeszkadza w każdej z tych czynności, które przecież są obiektywnie dobre i służą wszystkim, także jemu.

Pierwsza reakcja? Jeśli nie wiadomo, co robić, to najlepiej się sfrustrować. Przecież chcę mieć tylko trochę czasu na niezbędne rzeczy. Trochę spokoju, bez wiecznego poganiania. Bez przerywania co pięć minut. Kiedy smażę naleśniki, to nie chcę, żeby synek stał obok mnie i pilnował, żebym nie odeszła nawet na kilka sekund od kuchenki, bo on już jest głodny i czeka. Czuję się wtedy jak więzień i najchętniej zamknęłabym przed nim drzwi. Nie robię tego – ale i nie daję mu tego, czego on szuka. I tak raz za razem, raz za razem, przy każdej czynności – moja frustracja narasta, jego też. Bo niczyje potrzeby nie zostają zaspokojone.

Nie można wytłumaczyć telefonowi, który ma 1% baterii, że musi jeszcze poczekać. Nie można mówić bez końca „za chwilę, nie teraz”. Dziecko nie poczeka, jakby to zrobił dorosły. Można jednak poświęcić trochę czasu i stuprocentowej uwagi, a później, być może, dziecko jednak pobawi się samo. Średnio w to wierzyłam, ale okazało się, że istotnie – często po wspólnej zabawie tak się zdarza. Bo potrzeba bycia z mamą, potrzeba jej stuprocentowej uwagi została już zaspokojona. Oczywiste? Czy to głupie, że w ogóle o tym piszę, jakby to było jakieś odkrycie? Że takie rewelacje człowiek słyszy dopiero u psychologa? Może i tak. Ale będę mimo to o tym pisać, bo wiem, że nie jestem jedyna. O, jak bardzo błogosławieni jesteście wszyscy, którzy wiecie to sami z siebie!

Co się w takim razie działo ze mną – idealnym, cichym, spokojnym dzieckiem? Dlaczego mogłam bawić się sama? Dlaczego tak wsiąkłam w mój mały świat? I dlaczego po latach, kiedy o nim myślę, nie używam słów „dobry”, „przyjazny”, „ciepły”, ale jedyne skojarzenie, jakie mam, to słowo „bezpieczny”?

Nie ma potrzeby wywlekać na światło dzienne starych rodzinnych spraw. To zresztą żaden ukryty dramat – nie byliśmy żadną patologią. Po prostu żyliśmy trzydzieści lat temu, kiedy nie mówiło się o wspieraniu rodziców. O trudnościach w godzeniu różnych ról. Nie było Internetu i mamusiek dodających sobie otuchy na forach (wiem, mamusiowe fora to jeden z kręgów piekielnych, ale zdarzają się też naprawdę wspierające grupy). Nie mówiło się: „weź odpuść gotowanie”, bo nie było budki z kebabem na każdym rogu, a restauracje były drogie. A cóż to za dyshonor dla porządnej gospodyni jeść tylko kanapki! Nie mówiło się: „weź nie sprzątaj, nie zmywaj, odpocznij”, bo przecież kobieta musi dać radę ze wszystkim: zrobić zakupy, posprzątać, ugotować, zająć się dzieckiem, a po posłaniu dziecka do przedszkola powinna pójść do pracy. I nadal robić wszystko jak wyżej. Wypełnianie określonych obowiązków w domu jest męczące, ale łatwiejsze niż podtrzymywanie więzi i budowanie relacji z dzieckiem – widać od razu wymierne efekty. Kiedyś przeczytałam o tym w jakimś artykule i stwierdziłam: „No raczej!”. Skoro ja się na takim myśleniu łapię, to nie sądzę, bym była wyjątkowa, na pewno wiele kobiet odczuwa to podobnie. „Zajęcie się dzieckiem” oznaczało kiedyś nakarmienie, ubranie, nauczanie w zakresie podstawowych umiejętności stosownych do wieku. Nie każdy potrafił okazać miłość, nawiązać relację. Zwłaszcza w trudnej codzienności, która potrafi dobijać gorzej niż najgorsze tragedie.

Przytłoczony obowiązkami rodzic może być stale podenerwowany. Tym ciągłym łapaniem za spódnicę, zaglądaniem do kuchni, rozrzucaniem zakupów, ciągłym dokładaniem pracy i nieustannym przerywaniem ciszy. Może okazać niezadowolenie dziecku, które poszukuje uwagi. Nikt nie musi udawać zadowolenia, jeśli widzi rozsypany cukier i wlaną w to butelkę octu. Nikt nie musi udawać, że jest szczęśliwy, musząc przerwać jakąś czynność, by poczytać po raz kolejny o bardzo głodnej gąsienicy. Zaprzeczanie swoim emocjom nie rozwiązuje sprawy. Nie jestem zwolenniczką udawania. To także sprawia, że zdenerwowanie pozostaje z nami na dłużej. Czasem nie mija, odbija się czkawką w postaci bezsenności, ukrywa się gdzieś za drżącym głosem i rękami, które zaczynają się poruszać nieco zbyt nerwowo. Albo, nie wiedzieć czemu, stale drżą.

Co się dzieje, jeśli zdenerwowanie jest permanentne? Co się dzieje, kiedy nie wyjaśniamy dziecku, w czym problem? Co się stanie, kiedy dziecko zaczyna odczuwać, że to ono jest przyczyną niezadowolenia rodzica, nawet jeśli to nieprawda? To zależy od dziecka. Czasem siedzi cicho. Z pozoru spokojnie. Bawi się samo. Ideał! Ale długofalowe skutki mogą rodziców wcale nie ucieszyć. Wpływają bowiem na więź w sposób, jaki dla niektórych może okazać się ciężki do udźwignięcia. I nie trzeba być „patologią”, nie trzeba przemocy, nie trzeba nawet wielkich nieporozumień i różnic charakterów, żeby coś przegapić, coś utracić. A oprócz tego – choć to już raczej drobiazg – takie dziecko jest trzydzieści lat później święcie przekonane, że to norma, że każde dziecko ma swój świat i samo się bawić potrafi.

Moje jeszcze nie potrafi. Bogu dzięki! Zobaczyłam to pierwsze, ledwie widoczne jeszcze rozluźnienie więzi, niedające się przypisać po prostu narodzinom młodszej siostry. Zauważyłam coś, czego nikt inny nie dostrzegł. Gryzło mnie to, choć nie wiedziałam, jakie są przyczyny. Inni mnie zbywali – to normalne, przejdzie mu, tak to już jest. Ale ja wiedziałam. Wiedziałam, że nawet jeśli „tak jest”, to nie tak powinno być. Dzięki całkiem innym problemom trafiłam do psychologa. Ale to, jak dotąd, najważniejszy owoc tych spotkań, nawet jeśli jest tylko efektem ubocznym – mój syn i ja znów przybliżamy się do siebie. Nie mówię, że jest idealnie. Nie mówię, że jeszcze nie mam problemów do przepracowania. Ale nie czuję już żadnej obcości, bo ponad wszystkimi obowiązkami, ponad całą codziennością, ponad każdym nowym problemem jest to, że trwamy w relacji. Nieustającej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *