Ostatni raz.

Myślę, że nie ma nikogo, kto po ostatnich wydarzeniach w Gdańsku nie byłby w szoku. Trudno o inną reakcję, kiedy prezydent miasta zostaje zamordowany na oczach tłumu podczas imprezy charytatywnej. Nikt nie zdołał nic zrobić. Można rozważać, kto zawiódł, ale to nie zmienia faktu, że nie udało się powstrzymać napastnika. Śmierci również nie dało się pokonać, mimo wysiłków lekarzy.

Na chwilę wszyscy zaniemówili. Niestety w wielu przypadkach tylko na chwilę. Zawsze w takich sytuacjach okazuje się, jacy jesteśmy naprawdę. Jedni wyciągają do siebie ręce ponad podziałami. Razem płaczą, razem się modlą. Ci, po których się tego nie spodziewamy, zaskakują piękną postawą. Ale druga strona medalu także jest obecna – w tym samym czasie inni ludzie dopuszczają do głosu swoje najniższe instynkty. Pozwalają nienawiści wylewać się wszystkimi kanałami. Wierzę, że to smutek działa na tych ludzi tak destrukcyjnie, ale czasem płakać mi się chce, jak bardzo można być zniszczonym i dążyć do zniszczenia innych. Oprócz tego jednak myślę o czymś jeszcze innym.

Daleko mi do Gdańska. Poglądami daleko mi także do śp. Pawła Adamowicza. Ale w takich momentach chcę skupiać się na człowieku i jego relacjach. To człowiek, który miał rodzinę. Miał pewien plan na tamten dzień, był na finale WOŚP, potem pewnie miał wrócić do domu, przytulić swoich bliskich. Nie wrócił. Nie zobaczył więcej swojej żony i córek. O jego śmierci jest głośno, i słusznie, ze względu na zbrodnię, która była jej przyczyną. Jednak nie tylko on nie wrócił do domu. Wyobrażam sobie, że każdego dnia jest jakaś liczba osób, które nie są ofiarami morderstw, ale także tracą życie nagle. W pracy, w drodze do pracy lub domu, albo po prostu gdzieś na spacerze, na zakupach, podczas zabawy. Niektórzy – to także tragedia – giną we własnym domu. Znajdują się w złym miejscu i czasie, może padają ofiarą czyichś zaniedbań. Był człowiek i nie ma człowieka. Zostaje rozpacz i pustka, przynajmniej do pewnego czasu.

Egoistycznie czasem może życzymy sobie nagłej i szybkiej śmierci. Wiedząc, jak cierpią ludzie umierający na przewlekłe choroby, nie chcemy dla siebie takiego losu. Ale sądzę, że kiedy nadchodzi już ta ostateczna chwila, przychodzi lęk. Lęk, że to już koniec, a ja nie jestem gotowa. Lęk, że tylu rzeczy nie zdążyłam zrobić. Nie zdążyłam komuś przebaczyć. Nie zdążyłam powiedzieć, że kocham. Nie zdążyłam spojrzeć na swoje życie i powiedzieć: „Boże, jeśli teraz pozwolisz mi żyć, to odtąd chcę żyć lepiej!”. Często nie ma już na to czasu. Mamy plan na wiele tygodni wprzód, ale śmierci nie planujemy. Nikt nie spodziewa się, że to już ostatni raz. Ostatnie wspólne śniadanie. Ostatni pocałunek przy drzwiach. Ostatnia szansa, żeby powiedzieć coś dobrego na pożegnanie. To już, nasza ostatnia chwila, kolejnych nie będzie.

Wcale nie jestem odważna, ale kilka lat temu przestałam się bać własnej śmierci. Cierpienia, owszem, obawiam się jak każdy człowiek – swojego, a także bliskich, którzy mogliby wpaść w rozpacz. Samej jednak śmierci się nie boję. Może zmieniła mnie śmierć pierwszego syna. Może ogólnie wiara. Wiara w miłosierdzie Boga, wiara w to, że śmierć nie jest końcem, że zostanie pokonana jako „ostatni wróg”. Jednak brak lęku to nie tylko jakaś przemiana charakteru, nie tylko rewolucja duchowa, raz dokonana i zakończona. To nieustanne staranie się o to, by ta chwila – gdyby była ostatnią – mogła być dobrym zakończeniem całego życia. Czy to jest łatwe? Nie. Codziennie chwile są różne. Niektóre z nich byłyby bardzo kiepskim momentem, by umrzeć. Ale przynajmniej ostateczny rachunek musi się zgadzać. Więcej dobra niż zła. Więcej miłości niż złości. Więcej mądrych słów niż obojętnego milczenia. Albo odwrotnie: więcej mądrego milczenia niż głupich, raniących słów.

Czasem za bardzo zbłądzę. Wiem, że nie mogę czekać, muszę to naprawić. Przeprosić, spróbować wyciągnąć rękę. Pędzę do spowiedzi z myślą „nie mogę umrzeć w takim stanie”. Tak, wtedy się boję. Nie chcę umrzeć w momencie, kiedy utraciłam coś najcenniejszego. Chcę odchodzić z poczuciem, że zyskałam wszystko, na miarę moich lat i możliwości, że nie straciłam własnej duszy. Że nawet ten ostatni raz wykorzystałam tak dobrze, jak tylko się dało.

Takie podejście, w odniesieniu do samej siebie, jest wbrew pozorom łatwe. Wcale nie oznacza życia z grobową miną, ze smutną świadomością nieuchronnego. Daje raczej radość, bo próbuję czuć tę pełnię i nasycenie życiem w każdej możliwej chwili. W odniesieniu do bliskich, podejście to bywa bardziej bolesne. Ale mimo wszystko cenne. Nie jest dobrze uważać, że jeśli kogoś kocham, to on nie może umrzeć.

Dlatego całuję mocno. Przytulam całą siłą ramion. Krzyczę, ale zaraz przepraszam. Zatrzymuję męża w drzwiach, póki się nie pogodzimy. Dbam o miłość, o przebaczenie, o dobre słowo. Bo nigdy nie wiem, czy to tylko kolejny, czy już ostatni raz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *