Post.

Na początek muszę to napisać: to nie jest wpis o bezsensie postu. Nie będę siać zamętu, jeśli chodzi o naukę Kościoła, bo się z nią zgadzam. Nie będę też rozwodzić się nad tym, czy większym grzechem jest zjedzenie taniego kurczaka, czy drogiego homara w piątek i czy Środa Popielcowa to dobry termin na imprezę z tortem, w ramach pokuty, gdy nie lubisz tortów. Serio, cenię post. A szczególnie Wielki Post, o czym będę zaraz pisać. Cenię go jednak nie jako wyzwanie dla samego wyzwania, ale drogę z celem, do którego ona ma doprowadzić. Bez celu to będzie tylko kolejny post, nie wielki, nawet nie pisany wielką literą.

To nie jest też wpis dla każdego. Jeśli żyjesz w poczuciu, że wszystkiemu, co robisz, Bóg na pewno daje lajka, jeśli Twoje spowiedzi przebiegają według schematu „nie zabiłem, nie ukradłem, więcej grzechów nie pamiętam”, jeśli wierzysz w raczej mało liczny spis lokatorów piekła lub sądzisz wręcz, że jest ono pustostanem – to nie to, że nie zapraszam do czytania, ale po prostu nie będziesz wiedzieć, o co chodzi. Będę pisać o problemach ludzi, którzy zafiksowali się na podejściu skrajnie odmiennym, a zatem możesz się zwyczajnie znudzić.

Nadszedł Wielki Post, a że czas pędzi, to już jesteśmy w jego połowie. Wystartowaliście grzecznie w Środę Popielcową? Posypanie głowy popiołem to dopiero początek. Trzeba jeszcze zaplanować a) postanowienia, b) wyrzeczenia, c) intensyfikację wszelkich modlitw. I właśnie tak po tej Środzie, z tym popiołem na głowie, ze wszystkimi problemami, które wtedy miałam, naszło mnie takie uczucie… jakby to nazwać? Lekkie ukłucie irytacji. Przeglądałam sobie media społecznościowe, a tam wysyp postanowień. Super! Jak postanowienia, to wiadomo – z gatunku „będę robić coś” lub „nie będę robić czegoś” (każde podchodziło pod modlitwę, post lub jałmużnę). Wszystkie dobre i pobożne. Nie mam wątpliwości, że nie na pokaz i w czystych intencjach.

Ale wiecie co? Zirytowałam się. Byłam wtedy w kiepskiej kondycji fizycznej. Ciąża. Pierwszy trymestr w całej okazałości. Wszelkie typowe dolegliwości plus bezsenność, u mnie też typowa. Bezsenność dodatkowo rujnuje mi psychikę. Pomyślałam sobie – jak mam niby więcej się modlić? Wydawałoby się, że bezsenne noce to świetna okazja, ale przekonałam się, że jednak nie. Umysł odpływa, nie w sen, ale w coś pośredniego między snem a jawą i o wszelkiej ciągłości modlitwy można zapomnieć. Czytanie Pisma Świętego? Czytam codziennie. To może jakieś posty, wyrzeczenia?

Żywieniowe – nie, gdy trwa pierwszy trymestr ciąży. Mogę w wolnej chwili wytłumaczyć, bo to temat na szerszy wykład, ale w skrócie: to się nie uda. Czwarty raz jestem w ciąży, trzeci raz pierwszy trymestr przypada na Wielki Post. Znam już ten temat.

Alkoholu nie piję. Na komputerze nie gram. Muzyki słucham sporadycznie. Telewizji nie mam. Youtube czasem oglądam, ale nie nałogowo. Żadnych Netfliksów. Nawet książki ostatnio rzadko czytam, w tym roku chyba dopiero osiem mi się udało. Nie przepuszczam kasy na ciuchy i kosmetyki, bo nadchodzi przeprowadzka i meble trzeba kupić. Tak naprawdę wszelkie przyjemności z mojego życia odeszły albo na dłuższy czas, albo w ogóle.

I w tym właśnie momencie ludzie zaczynają zasypywać Internet postanowieniami, a ja siedzę i odczuwam irytację. Co jeszcze mogę dać, skoro nic już nie mam? Wiadomo, niektóre przyjemności się oddaliły w czasie, jak jazda na rowerze czy jakieś szalone rozrywki, do których dzieci muszą dorosnąć (albo muszą dorosnąć do tego, by je zostawić u dziadków ;)). Ale z niektórych zrezygnowałam sama, nie dlatego, że przestały mnie cieszyć. Po prostu gdzieś w tym moim pokręconym sumieniu zrodziło się podejrzenie, że wszelka przyjemność jest grzechem.

Oczywiście stwierdzenie wprost tak sformułowane bym wyśmiała. Ale można myśleć w taki sposób i nie zdawać sobie z tego sprawy. Zwłaszcza, że dochodzi się do tego nie w jeden dzień, ale w kilka tygodni, miesięcy, nawet lat. Można w ten sposób pozbawić się wszystkiego, a nieliczne przyjemności zawsze okupować wyrzutami sumienia i „na wszelki wypadek” wyznawać je na spowiedzi. Można milion razy wałkować pytanie „czy to nie jest grzechem?”, a gdy odpowiedź wskazuje, że raczej nie, uznać, że same wątpliwości to ZNAK, że trzeba z tym skończyć, że na pewno Bóg tego oczekuje. Niestety, zdarza się, że w takim myśleniu utwierdzają nas niektórzy kapłani, którzy nie znając człowieka, przykładają tę samą miarkę do każdego. Nie mam żalu, pewnie więcej jest sumień, które trzeba budzić niż tych, które trzeba uspokajać, ale można w ten sposób osiągnąć dość smutny efekt.

Śp. ks. Jan Kaczkowski mówił, że Bóg nie jest wrednym starym dziadem, który siedzi na chmurze i rzuca w ludzi piorunami. I niby ja to wiem. Każdy wierzący choćby po szkolnej katechezie to wie, bo rozumowo łatwo przyjąć tę wiedzę. Ale co, jeśli moje podejście do Boga sugeruje, że zupełnie inaczej myślę? Nie chodzi o to, co mówię czy przekazuję dzieciom. Nie chodzi o to, w co ja bym chciała wierzyć, ale w co wierzę i jak wierzę. Prawda nie pasuje do moich pobożnych życzeń. Mimo, ze przecież wiem. Wiem, że w modlitwach, w Sakramentach, w zbliżaniu się do Boga nie ma miejsca na lękowo-magiczne myślenie i wieczny strach przed tym, że za każdy błąd spotyka mnie stosowny cios. I jeśli takie myślenie z takim lękiem się pojawia, to czas na zmianę.

Tak, zmianę… Stosunkowo łatwo sobie to podejście uświadomić. Ale znacznie trudniej zmienić. Nie przychodzi w jeden dzień, nie pomaga rozmowa z bliską osobą, lektura Pisma Świętego, nawet świetna homilia księdza. Wszystko jest procesem. To trudny czas, czas pewnego rodzaju oddalenia. Nie mówię o oddaleniu typu „hulaj dusza, piekła nie ma”. Chodzi o bunt nie przeciwko Bogu czy Kościołowi, ale przeciwko własnemu złemu obrazowi Boga. Chodzi o to, by wreszcie powiedzieć na modlitwie „to ja mam problem, nie Ty, ale tylko Ty możesz go rozwiązać”. Taki post nie jest zaprzestaniem modlitwy, ale też ta modlitwa ma być świadoma, a nie klepana z lękiem, że jak nie powiem litanii, to mi mąż zachoruje. Zresztą nie tylko modlitwa. Cały ten proces określiłabym jako budzenie świadomości, dlaczego w wierze postępuję tak, a nie inaczej. Czemu noszę medalik? Czemu robię znak krzyża przed kościołem? Czemu modlę się przed jedzeniem? Po co mi Sakramenty? I nie chodzi o wzorcowe odpowiedzi z Katechizmu, ale o bolesną prawdę, jak to rzeczywiście jest.

Wierzę – naprawdę mocno wierzę – że ten proces można przejść i że nie ja tego chcę, ale Bóg przede wszystkim. Wierzę, bo tym właśnie teraz jest mój Wielki Post i choć miałam moment, że stałam z rozłożonymi rękami i mówiłam „wiem, co robię źle, ale nie umiem tego zmienić”, to teraz powoli zaczęło się to zmieniać. Mam sporo pracy w tym temacie do nadrobienia, ale wierzę w jej sens. Właśnie wczoraj, po raz kolejny w życiu, usłyszałam przypowieść o miłosiernym ojcu. O synach, z których żaden nie kochał ojca. Jeden przeżywał dramat grzechu, kiedy wybierał życie po swojemu i okazało się dalekie od ideału. Drugi zawsze miał wszystko, co najlepsze, ale czuł się niewolnikiem, a nie synem. Co stało się z nimi później? Czy obaj nawrócili się w taki sposób, jaki w każdej z ich sytuacji był najbardziej odpowiedni?

Zadaję sobie pytanie, czy starszy syn kiedykolwiek poczuł, że cały ten czas był i jest wolny, właśnie dzięki temu, że trwał przy ojcu. Czy zrozumiał, że bratu nie ma czego zazdrościć, mimo wystawnej uczty, jaką mu wyprawił ojciec z okazji powrotu. Mam nadzieję, że w końcu odkrył prawdę i dołączył do reszty biesiadników, jako człowiek, który był miłością przepełniony do tego stopnia, że nie mógłby zatrzymywać jej dłużej tylko dla siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *