Przepraszam, że Cię zaniedbałam.

Jeśli miałabym z mojej rodziny wybrać jedną osobę, którą chciałabym naśladować, byłaby to moja Babcia. Babcia Jadzia, ale będę pisać po prostu „Babcia” wielką literą, bo to po prostu taka osoba, przy której inne się chowają. Odeszła prawie osiem lat temu, nagle, niespodziewanie. W ogóle niespodziewane było to, że mogłoby jej zabraknąć, ponieważ prawie nigdy nie była nieobecna. Raz w życiu pojechała na trzy tygodnie do sanatorium w Ciechocinku i nawet nasza świnka morska wtedy posmutniała. Jaka była? Z wyglądu dobrze ją pamiętam. Czasem widuję jakieś pojedyncze cechy jej wyglądu w napotkanych ludziach, np. pielęgniarkach, przez co odruchowo bardziej im ufam. Kiedyś widziałam na ulicy kobietę tak podobną z postury i fryzury, że gdybym to ja kierowała samochodem, pewnie bym gwałtownie zahamowała. Nie mogę jej jednak dokładnie opisać. Lekko pochylona, trochę grubsza, fryzura „na babcię” (włosy krótkie, trwała, farbowane), zawsze w trampkach z powodu kłopotów z nogami. Okulary na nosie. Typowa babcia z lat dziewięćdziesiątych.

Babcia była wierząca. Niby standard, każdy w Polsce ma lub miał minimum jedną wierzącą babcię. Dla mnie to był jedyny wzorzec wiary, jaki pamiętam z dzieciństwa i do tej pory najmocniejszy. Modlitwy i niektóre pieśni słyszę w głowie śpiewane jej głosem. Ale to nie była dewocja, kolekcjonowanie różańców, zliczanie litanii i koronek. To nie była pokazówka w kościele. To była taka wiara w praktyce, o którą bardzo trudno w czasach, gdy lubimy robić coś na pokaz, a niekoniecznie dlatego, że to jest dobre, albo, mówiąc wprost, że naśladujemy Jezusa. To jak pieczenie ciastek, żeby wrzucić zdjęcie na Instagrama, a nie po to, żeby ktoś miał je zjeść. Babcia jednak zawsze robiła coś w konkretnym celu. Co więcej, człowiek przy niej miał poczucie, że ona to robi dla niego. Kiedy komuś poświęcała czas, to ta osoba czuła się najważniejsza na świecie.

Wpis wcale nie miał być o Babci, ale siłą rzeczy musiałam nakreślić jakąś szybką charakterystykę postaci. Przechodząc do meritum, muszę jeszcze wspomnieć o kazaniu na Mszy Świętej pogrzebowej. Ksiądz, który dobrze Babcię znał, powiedział wtedy, że zawsze żyła życiem innych – życiem córki i wnuczek. Wtedy uważałam, że to piękne i prawdziwe. Dziś muszę się nie zgodzić. Dziś wiem, że Babcia weszła na wyższy poziom, niż stereotypowa Matka (Babcia) Polka z hasłem „grunt to zarąbać się dla innych (a potem mieć im za złe)”.

Ledwie pisałam o ciąży w lutym, a tu czas niespodziewanie minął i weszłam w trzeci trymestr. Czuję się dobrze, gdy mnie ktoś zapyta, ale prawda jest taka, że mam lepsze i gorsze dni. Większość z nich to te lepsze – przeprowadziliśmy się i życie w nowym miejscu jest dużo piękniejsze – ale zdarzają się te gorsze. Standardowe dolegliwości, bezsenność ciążowa, brak sił po nieprzespanej nocy. Tak, wiem, że „są kobiety”, które mają więcej dzieci, więcej problemów, mężów, którzy pracują na pełen etat, ale nie narzekają. Niech im Bóg błogosławi, tak jak i „pocieszycielom”, którzy sypią takimi przykładami. Ja jednak mam takie dni, kiedy ledwie mogę się ruszyć. Dobrze, gdybym nie miała za kim ruszać. Mam jednak cudownego syna, który właśnie wychodzi z pieluch (ale jeszcze potrzebuje każdorazowej obsługi w toalecie) oraz cudowną córkę, która niedawno zaczęła chodzić. Mam jeszcze coś trudniejszego do ogarnięcia, niż dwójka dzieci poniżej trzech lat – poczucie, że muszę, że nie mogę zawieść, że zawsze powinnam więcej. Dzięki wizytom u psychologa (zakończonym już w maju) wiem, że to poczucie niesłuszne i bardzo szkodliwe. Co nie zmienia faktu, że ono gdzieś tam jeszcze siedzi.

Kilka dni temu byłam na standardowej kontroli u ginekologa. Niby nic strasznego w wynikach nie wyszło, ale parametry krwi trochę pozjeżdżały. Coś tam nie do końca dobrze z moczem. To się zdarza, ale istotne jest, dlaczego tak się stało. Biegałam za synem, żeby w upały pił (istny z niego wielbłąd) i jak każda mama w trakcie odpieluchowania, na każdą jego wędrówkę do WC biegłam za nim. Zapomniałam przy tym, że ja też powinnam pić i korzystać z toalety. Przeszłam trudny czas ze świnkami morskimi, które mieliśmy – dużo wydatków na żmudne leczenie, jeden prosiak i tak zszedł od upałów, drugi żyje, ale walka o niego była długa, kosztowna i tak naprawdę nigdy się całkiem nie skończy. Karmiłam go ręcznie strzykawką, podawałam leki, zastrzyki, pędzlowałam pyszczek. Zapomniałam natomiast, że sama powinnam brać żelazo. Nieraz miałam odpocząć, gdy mąż zabierał dzieci na długi spacer. Nieraz siadałam dopiero pięć minut przed ich powrotem, bo zapomniałam, że te wszystkie obowiązki w domu nie są najważniejsze.

Ale wiecie, nie byłam zaniedbaną mamuśką. Mam wystrzałową garderobę ciążową i prawie codziennie make up zrobiony tak perfekcyjnie, jak to tylko czasowo możliwe. Z wierzchu więc nie spełniałam kryterium „zaniedbania”, ale niestety każda matka wie, że „dbanie o siebie” w ciąży, połogu i przy dzieciach jest postrzegane przez ludzi bardzo jednostronnie, jako dbanie wyłącznie o wygląd i powrót do „formy” w rozumieniu „wtłoczenia się z powrotem w formę rozmiaru 36”. Kobieta z sześciotygodniowym brzdącem prędzej wykupi karnet na siłownię niż pójdzie na konsultację uroginekologiczną. Prędzej się pomaluje na przyjście położnej środowiskowej niż powie tej położnej, że coś tam ją niepokoi w kwestii jej własnego zdrowia. Nie histeryzujmy, ciąża to nie choroba, z porodem za bardzo się teraz cackamy, połóg to przecież już z górki, bo brzucha nie ma, a potem sama sielanka.

Wracając do Babci. Pamiętam, że jednak była w tym Ciechocinku ten jeden raz. Nie było to łatwe dla nikogo, bo jak tu żyć bez osoby, która jest zawsze na zawołanie? Jednak pojechała. Całe moje życie aż niemal do mojego ślubu jeździła ze mną na ferie i wakacje. W któreś wakacje nie mogła, z przyczyn zdrowotnych nie dała rady. Chodziła do lekarzy, na rehabilitacje i badania. Jak większość starszych pań, wydawała dużo pieniędzy na leki. Nie robiła niczego na pokaz, w jej domu od pewnego momentu panował już zawsze nieporządek (nie mogła sprzątać przy swoich problemach ze zdrowiem), ale też nigdy nie był to dom osoby, której już na niczym nie zależy. Przeciwnie – Babcia do końca ŻYŁA, nawet jeśli fizycznie nie mogła wyjść z domu. Nawet, jeśli wyjście to był krótki spacer dookoła bloku. Albo, gdy i ten był niemożliwy, po prostu czytała książki. Na kilogramy. Ważne było dla niej życie, jej życie. Ważne było zrobić coś dla siebie. Nie zapomnieć o najważniejszym. Wiara w praktyce zaczyna się od Przykazania Miłości. Boga w pierwszej kolejności. A bliźniego swego jak siebie samego. I nigdy na odwrót.

Muszę się więc przeprosić. Przeprosić siebie za zaniedbania. Za uciekanie przed troską o siebie. Za wyrzuty sumienia, że „jednak można było z bólem kręgosłupa wyjść z dziećmi na spacer, przecież tylko ulewny deszcz usprawiedliwia, serca nie masz, dzieci ci w domu zgniją”. Za odpoczynek „dopiero w nagrodę za obowiązki”. Przepraszam, nie wiem, jak to się stało, przecież jesteś dla mnie ważna. Za to wszystko i za to, że nie byłam blisko samej siebie – przepraszam Cię, może jeszcze mi wybaczysz i polubimy się na nowo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *