Przepraszam.

My, rodzice dzisiejszych czasów, czujemy się wiecznie na celowniku. Z jednej strony pamiętamy cienie i blaski własnego dzieciństwa, z drugiej – jesteśmy coraz bardziej świadomi, że nawet mimowolnie możemy je powielać w życiu naszych dzieci. Im mniej chcemy powielać – tym bardziej uciekamy w świat parentingowych porad, które od początku ustawiają nas pod pręgierzem w świecie zdominowanym przez biel i czerń. Mamy do wyboru albo te idealne, złote rozwiązania, albo te skrajnie złe. I powinno być dla nas oczywiste, które są które – przecież czerń i biel łatwo rozróżnić, nie to, co odcienie szarości, prawda?

Dam przykład – klapsy. Całym sercem popieram kampanię przeciw klapsom. Zarazem uważam, że stworzyła ona świat czarno-biały, w którym wystarczy nie dawać klapsów, by dostać medal „dobrego rodzica bez przemocy”. A to nieprawda. Istnieje wiele osób w moim pokoleniu, które klapsa dostały raz czy dwa (i nie bardzo nawet pamiętają okoliczności) lub nie dostawały w ogóle – ale są poranione słowami, które pamiętają do dziś. Potrafią ze szczegółami opisać pokój, w którym to się stało, ubrania, jakie mieli na sobie wszyscy członkowie rodziny, pogodę, program, który był wówczas nadawany w telewizji – choć mieli trzy lata lub niewiele więcej. Pamiętają to wszystko, bo pamiętają ból i upokorzenie, choć nikt nie przekroczył żadnej cielesnej granicy. I do dziś mówią, że lepszy byłby już klaps niż tamte słowa.

Nie chodzi mi teraz o rozważanie, czy lepiej oberwać w głowę młotem, czy siekierą. Nie popieram ani przemocy psychicznej, ani fizycznej. Chodzi o to, że nie każdy wybór jest oczywisty. Korzystamy z doświadczeń i przekonań, jakie aktualnie mamy. Możemy poszerzać wiedzę poradnikami, warsztatami, kursami. Ale i tak przyjdą sytuacje, które nas zaskoczą. Przyjdą dzieci, które zburzą nasz pogląd na coś, co do tej pory było jasne i oczywiste. Trudno przetrwać w przekonaniu, że każdy błąd to rodzicielski grzech, za który będziemy smażyć się w piekle. Nie uchronimy siebie i swoich bliskich przed błędami. Nieraz popełnimy czyn, którego będziemy żałować.

Przepraszam. Kto zna to słowo z dzieciństwa? Pewnie, nieraz byliśmy zmuszeni, żeby kogoś przeprosić. Jeszcze w emocjach, z płaczem, wymuszonym całusem, jeśli przeprosiny miały być spektakularne. To zależało od fantazji reżysera, czasem rodzica, czasem nauczyciela. Ale kto przepraszał naprawdę, z potrzeby serca, z żalu za popełnione błędy? Tylko ten, kto sam był przepraszany. Ja jestem neofitką w przepraszaniu, może dlatego tak gorliwą – zaczęłam się tego uczyć w małżeństwie i to wcale nie na początku, a gdzieś w połowie (skopiujcie ten tekst na potrzeby procesu beatyfikacyjnego mojego Męża, za kilkadziesiąt lat się przyda). Moje pokolenie rzadko było przepraszane przez dorosłych. W ten sposób dbano o autorytet. Taki był pogląd, taka była wiedza, nie ma co teraz tłuc tym po głowie naszych rodziców. Robili to, co uważali za najlepsze. Potrafili poprosić o coś i podziękować, by nauczyć nas być uczynnymi i wdzięcznymi. Przepraszanie to już inna sprawa – tu trzeba pokory, stanięcia w prawdzie i uznania, że zrobiło się coś złego. A rodzic to przecież wzór dla dziecka. Nie może obnażyć swoich błędów, bo straci autorytet. Tak kiedyś uważano. Pomijano fakt, że dziecko jest dobrym obserwatorem i widzi błąd rodzica mimo najlepszego kamuflażu. Pomijano fakt, że dziecko naśladuje czyny rodzica, niekoniecznie przejmując się tak samo jego słowami. Dlatego nakazywanie dziecku, by przepraszało innych, ma mizerny skutek. Przepraszam, by mieć święty spokój. Przepraszam, żeby się matka odczepiła. Ale nie dlatego, że ktoś doznał przeze mnie krzywdy, bo przecież, wielkie halo, na mnie matka nakrzyczała i co – przeprosiła? Nie. To czemu ja muszę?

Zdaję sobie sprawę, że i w moim pokoleniu wielu rodziców powiela pogląd o tym, że przepraszanie dziecka jest przesadą – nie oceniam, bo każdy wychował się w innej rodzinie. Mogło być tak, że rodzice byli niezwykle łagodni i nie popełniali błędów, które raniły dzieci na tyle, by wrodzone poczucie sprawiedliwości domagało się przeprosin. Te dzieci pewnie nie mają potrzeby obalania poglądu o niezachwianym autorytecie, kiedy same zostają rodzicami.

Ja mam tę potrzebę, bo przeżywam moje błędy. Przeżywam, to znaczy chcę je naprawić. Przeżywam moje grzechy, więc idę do spowiedzi, by pojednać się z Bogiem. Przeżywam porywy gniewu i niecierpliwości w stosunku do dzieci, więc je przepraszam. Przepraszam syna, jeśli na niego nakrzyczę. Przepraszam go, jeśli w jego obecności nakrzyczę na Męża (o kłótniach przy dzieciach napiszę innym razem, ale jestem zdania, że przerobienie także tego tematu w czarno-biały komiks mogło wielu rodzinom zrobić krzywdę). Przepraszam, jeśli gdzieś w jego obecności zachowam się źle wobec kogoś i tym samym dam swojemu dziecku zły przykład.

Ostatnio stało się coś, co nadal siedzi mi w głowie. Kac moralny to eufemizm na to, co czuję, choć pozornie nie stało się nic wielkiego. Zraniłam słowami chłopca na placu zabaw. Wydawało mi się, że bronię swojego synka, więc cel miałam szlachetny. Ale sposób był fatalny. Chłopca nie miał kto obronić, przyszedł z grupą przedszkolną i nikt się nim nie interesował. Opiekunka przyszła tylko raz, ale nie z powodu jego łez – skarciła go za ułamanie patyka z krzaka (pewnie ma znaczenie, że to przedszkole wegańskie?). Nie wiem, jak, ale wiem, że powinnam była postąpić inaczej. Mogę teraz tylko próbować diagnozować przyczyny. Ciążowe hormony, osobiste frustracje, złe wspomnienia – i wciąż brak umiejętności poruszania się w świecie, w który dopiero zaczynam wchodzić. Mój dwulatek ledwie zaczyna nawiązywać jakieś znajomości z rówieśnikami. Ja jestem jeszcze kompletnie zagubiona w sytuacjach konfliktowych między dziećmi. Co mogłam zrobić po fakcie? Przeprosiłam mojego syna za to, jak się zachowałam. Jeśli kiedyś spotkam tamtego chłopczyka, również go przeproszę. I dobrze, jeśli mój synek będzie przy tym.

Rozumiem, że moje spojrzenie na przepraszanie może być odebrane jako przesadne biczowanie się – mam, być może, jakieś skłonności do tego. Cały czas próbuję się uczyć na błędach. Może kiedyś uznam, że przesadzałam w formie, że za długo i niepotrzebnie rozdrapywałam przeszłość, może stwierdzę, że trzeba zmienić sposób przepraszania. Ale nie wydaje mi się, by coś mogło obalić mój pogląd na samą konieczność używania słowa „przepraszam” w rodzicielstwie. Chcę przepraszać, bo wiem, że jestem człowiekiem dalekim od ideału. Chcę przepraszać, bo wierzę, że zło można i trzeba naprawić. Chcę przepraszać, bo wierzę w przebaczenie – to najpełniejsze, pochodzące od Boga i to kruche, ludzkie, które stara się Boga naśladować – i taką wiarę chcę również przekazać moim dzieciom.

2 thoughts on “Przepraszam.”

  1. Natalia czytając Twoje teksty przechodzę od śmiechu do płaczu i odwrotnie. Tyle w nich prawdy o nas samych. No i te humorystyczne wcinki…Powinnaś pisać do prasy :). Chciałoby się tu coś mądrego napisać, ale przy tych tekstach to i tak blado by wypadło ;). Każdy tekst trafia do mnie w 100% i nie chodzi tu o to, że przedstawiasz jakąś ‚ oczywistą oczywistość’ tylko o prawdę pięknie ujetą, z którą dzięki Tobie można się spotkać w cztery oczy 🙂

    1. Jakbym pisała do prasy, to by prasa upadła przez częstotliwość moich tekstów 😉 Wielkie dzięki za komentarz (trochę z opóźnieniem, ale miesiąc spóźnienia to jak akademicki kwadrans ;)).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *