Przywracanie pamięci

Wiecie, w jaki sposób nie zginąć pod tramwajem? Wiecie na pewno – nie można wchodzić na tory, kiedy jedzie tramwaj. Wiecie też, że po pogryzieniu przez nieznane zwierzę trzeba zaszczepić się na tężec i wściekliznę, że palenie na stacji benzynowej grozi eksplozją (no dobra, z tego, co widziałam, nie wszyscy to wiedzą) i takie tam podstawowe rzeczy. Podstawowe dla nas, ludzi, których nikt nie trzyma w niewiedzy, a wszelkie zagrożenia są nam znane. Dla nas, posiadaczy Internetu, który – choć jako źródło wiedzy nadużywany i przeceniany – nieraz się przydaje. Możemy wpisać w wyszukiwarkę dowolne pytanie i otrzymamy jakąś odpowiedź.

Jeszcze nie tak dawno nie było Internetu. Ale nie było to problemem, bo ludzkość żyła bez niego tysiące lat i przetrwała. Informacje szerzyły się w tradycyjny sposób. Zagrożenia były w miarę znane i oswojone – powódź, pożar, wojna… A kiedy pojawiły się media, można zawsze było mieć nadzieję, że o wielkim niebezpieczeństwie ostrzegą nas mądrzy ludzie. Ci, którzy rządzą, którym przecież zależy na nas. W porządku, to idealistyczna wizja – zależy im zwykle na władzy i na zysku, ale w imię chociażby utrzymania się przy tej władzy, będą dbali o zwykłych ludzi. Prawda?

Chyba, że żyjesz w systemie totalitarnym i wiesz dokładnie tyle, ile rządzący chcą, żebyś wiedział. A zagrożenie, które się pojawia, nie jest niczym znanym, choć w skutkach zadziwiająco przypomina wojnę.

Oglądając pierwszy odcinek miniserialu „Czarnobyl” czułam wielkie napięcie i strach. Wiedziałam, czego się spodziewać – kto urodzony w latach osiemdziesiątych nie słyszał o Czarnobylu? A jednak się bałam, patrząc na losy zwykłych ludzi, którym przyszło w tamtych czasach mieszkać w sąsiedztwie elektrowni. Ludzi, którzy znaleźli się w sytuacji, jaka na naszej planecie pojawiła się po raz pierwszy i nie wiedzieli, jak postąpić, nie wiedzieli, z jakim zagrożeniem się stykają. Wiedziałam, że zginą. Oni nie. W socjalistycznym kraju nawet władza nie zdawała sobie z tego sprawy, oczywiście początkowo – potem po prostu zaczęła zatajać prawdę. Nieliczni, którym zależało na ocaleniu zwykłych ludzi, nie zdążyli dość szybko przebić się przez niedowierzanie i wypieranie prawdy przez tych, którzy mieli możliwość zminimalizować skutki katastrofy. Bohaterom udało się zapobiec tragedii na skalę światową, ale ta, która się wydarzyła, wcale nie była mniejsza w skali życia pojedynczego człowieka.

Ostrzeżenie należy się wszystkim, którzy są wrażliwi na drastyczne obrazy. Choć jest ich stosunkowo mało, to wbijają w fotel. Charakteryzacja miała nadać aktorom wygląd właściwy dla choroby popromiennej, a jest to chyba jeden z najgorszych sposobów umierania. I z jednej strony zabieg się udał, bo przerażające skutki tej choroby można w serialu zobaczyć w stopniu dość bliskim rzeczywistości. Z drugiej strony, czytając relacje rodzin, będących świadkami umierania swoich bliskich, można się domyślać i wyobrażać sobie, że bywało jeszcze gorzej. I sądzę, że to dobrze, że twórcy ani nie pominęli tych obrazów, ani też nie wypełnili nimi całości swego dzieła. Że sprawnie posługiwali się niedopowiedzeniami. Dzięki temu nie stworzyli horroru, który miał za zadanie doprowadzić widza do mdłości, ale hołd dla tych, którzy oddali swoje życie, nawet nieświadomi własnego bohaterstwa.

Dzięki temu, że dawka wstrząsających obrazów jest wyważona, przerażenie nie jest spowodowane brzydotą i lękiem przed śmiercią. Raczej lękiem przed tym, co nieznane. Nieznane ludziom żyjącym w tamtym miejscu i czasie, ale znane nam, nawet tym, którzy o promieniowaniu mają tylko podstawową wiedzę. My wiemy to, czego oni nie wiedzieli i to nas przeraża. Przeraża widok zwykłych ludzi, którzy wykonują swoje codzienne obowiązki – jak strażacy, wezwani do pożaru lub lekarze i pielęgniarki w szpitalu. Albo po prostu zwyczajnych, żyjących na blokowisku ludzi, których huk i błysk budzi pewnej kwietniowej nocy. Są zaciekawieni, więc wychodzą na zewnątrz całymi rodzinami. Pokazują niezwykły, wielobarwny blask dzieciom, jakby to były spadające gwiazdy w sierpniu. Pył niesiony przez wiatr osiada na nich, na ich ubraniach, na drzewach, chodnikach, na ziemi. Nikt nie sądzi, że to pierwsza oznaka nadchodzącej zagłady. Oni tego nie wiedzą. Ale wie to każdy, kto ogląda ten serial. Dla większości z nich nie było ratunku. Dlatego ta scena była znacznie bardziej przerażająca – przynajmniej dla mnie – niż widoki umierających strażaków i pracowników elektrowni. Czy jeszcze jakiejś przemocy i zniszczenia ludzkiego ciała nie widzieliśmy w telewizji? „Mięso” można pooglądać w pierwszym lepszym horrorze albo filmie akcji. Mięso nie ma rodziny, imienia, nazwiska. Nie przeraża, nawet gdy w wymyślny sposób umiera. Ale człowiek, który nieświadomie styka się z tym, co powinno budzić w nim największą grozę (gdyby tylko o tym wiedział), budzi zawsze żal i lęk. Lęk, że my kiedyś też, z niewiedzy, znajdując się na pozornie bezpiecznym i znanym terenie, wejdziemy prosto w objęcia śmierci. Wraz z tymi, których kochamy i chcemy chronić.

Nie bez powodu nowy serial HBO zbiera najwyższe oceny. Dla ludzi „stąd” – z byłych państw socjalistycznych, zwłaszcza z dawnego ZSRR – jest to jakiś hołd złożony ofiarom. Jak to serial, całej prawdy powiedzieć nie może, musi trochę skracać, pomijać pewne fakty. Ale ich nie przeinacza, nie czyni katastrofy tanią sensacją, na której można zarobić. Nie fascynuje nią w niezdrowy sposób. Może zainspirować do poszukiwania, poszerzania wiedzy. Urodziłam się rok po Czarnobylu, ale wcześniej nie zgłębiałam wiedzy na jego temat, wiedziałam tyle, co przeciętny Polak. Teraz dowiaduję się więcej. Dla ludzi zza oceanu, kompletnie nieświadomych rzeczywistości, jaką żyli ludzie „za komuny” to czasem pierwsze zetknięcie z prawdą. Prawdą, która nie jest fajnym materiałem na horror, nie jest porywającą powieścią post-apo, inspiracją dla setek biznesów – filmów, gier, escape roomów, gadżetów. Okazuje się nagle, że owszem, prawda jest ciekawa, ale nie ma w sobie nic z przygody, którą chcą przeżyć kolejni youtuberzy, wyjeżdżający „do strefy”, zdobywający popularność na wchodzeniu w miejsce zakazane, wyklęte, poszukujący sensacji lub dreszczyku emocji. Nie potępiam chodzenia po opuszczonych budynkach, bo sama zawsze fascynowałam się takimi miejscami. Malownicze wille, hotele, opuszczone ośrodki wczasowe, domki z lat siedemdziesiątych wywiezione wprost do lasu, by tam natura objęła nad nimi władzę… tak, te miejsca i dla mnie są fascynujące. Jednak nad nimi nie wisi cień tragedii. Natomiast Prypeć nie jest po prostu pustym miejscem, opuszczonym miastem. Jest grobowcem i to po grobowcu, po ludzkiej tragedii, stąpa każdy, kto tam wchodzi. Jeśli robi to z uszanowaniem ofiar, jeśli dzięki niemu będą pamiętane – nie w krzywym zwierciadle horrorów o mutantach, ale jako ludzie, którzy żyli jak my – to chwała mu za to. Kilka osób na pewno pojechało tam z takim nastawieniem. Szkoda, że nie wszyscy.

Chciałabym się mylić, ale nie sądzę, że ten sam youtuber czy inny poszukiwacz przygód z taką samą fascynacją wejdzie do Auschwitz i w tym samym stylu zacznie relacjonować swoją „przygodę”. Tam jest muzeum i miejsce pamięci. Strzeżone, pilnowane. Nikt nie pozwoli na coś takiego. Nikt nie pozwoli, bo wojna to uznana, oswojona i wspólna dla wszystkich tragedia. Holokaust to kulturowe tabu. Nikt, kto posiada instynkt samozachowawczy, nie nazwie siebie publicznie „fanem Holokaustu”. Wolno jednak być pasjonatem klimatów post-apo, nie w zmyślonych światach, nie w powieściach, ale tu, gdzie koniec świata w pewnym sensie naprawdę miał miejsce. Wolno dla rozrywki wchodzić do opuszczonego miasta, z którego ludzie zostali siłą przesiedleni, by nigdy już nie wrócić. Wolno koloryzować, podkręcać, tworzyć nowe historie, wolno tworzyć fandom wokół katastrofy. Tylko na chwilę, tylko na potrzeby jednego filmu, jednej książki, jednej gry. Dla sławy, dla pieniędzy, dla dreszczyku. A jakie są skutki? Najtrafniej podsumowuje je profesor Legasow w prologu pierwszego odcinka „Czarnobyla”. „Ceną kłamstw jest to, że przestajemy odróżniać je od prawdy”.

Czym był Czarnobyl? Czym nadal jest? Na to pytanie chciała, a może tylko próbowała, odpowiedzieć Swietłana Aleksijewicz w książce „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”. A właściwie nie ona, a dziesiątki osób, które zostały tą tragedią dotknięte i którym ta książka daje głos. Głos, który przez lata był tłumiony, niepożądany. Nikt w szerokim świecie go nie słyszał. Ostatni biblioteczny egzemplarz (obecnie w żadnej bibliotece w naszej dzielnicy nie ma tej książki – zapewne to też zasługa serialu) trafił wczoraj w moje ręce. To nie jest miła lektura. Z racji mojego stanu i skłonności do problemów ze snem nie czytam jej wieczorem. Daleka jestem od książkowego masochizmu, ale czytam, ponieważ tyle mogę zrobić – usłyszeć głos tych ludzi, poznać ich prawdę, stanąć po właściwej stronie. Nic im nie przyjdzie z tego, że ktoś będzie nad nimi płakał, a za pół godziny zapomni. Dlatego pozwalam sobie na emocje, ale nie czytam tej książki dla emocji, jak i również nie dla emocji oglądam serial. Oglądam i czytam, ponieważ to mnie zmienia. Ponieważ kiedyś było mi obojętne poszukiwanie przygód w miejscu tragedii, a teraz czuję ogromny niesmak, kiedy o tym myślę. Nie jestem w stanie wyzbyć się już tego podejścia. Emocje opadną, ale ono pozostanie.

Również dlatego nie próbuję nawet pisać profesjonalnej recenzji, bo musiałabym jeszcze wspomnieć o scenariuszu, sprawnym operowaniu napięciem, obsadzie aktorskiej, o wielu szczegółach technicznych. Warto poczytać i obejrzeć profesjonalne recenzje, one także w tych kwestiach bardzo „Czarnobyl” chwalą. Ja nie patrzę już jednak na ten serial jako na dzieło artystyczne, więc nie mam zamiaru go recenzować. Na książkę Swietłany Aleksijewicz także nie patrzę jak na książkę, którą czytam. Nie mam w ogóle wrażenia, że coś czytam. Słucham głosu ludzi, których przez lata nikt nie chciał słuchać. Nie mogę dla nich nic więcej zrobić, oprócz miejsca w pamięci.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *