Rekolekcje zajęciowe #2 – Kuchenne rewolucje

Memów na temat świątecznego obżarstwa powstało już mnóstwo. Zwolennicy „świeckich świąt” czy gorliwi katolicy – wszystkich czeka stanięcie twarzą w twarz z problemem suto zastawionego stołu. Niektórzy będą znali tylko jedną stronę tego problemu – że to wszystko trzeba koniecznie zjeść*. Inni staną też po drugiej stronie – to wszystko trzeba najpierw ugotować. Ja znam obie strony – Wigilii nie organizuję, ale przynoszę składkę w postaci swoich wyrobów. Muszę więc i gotować, i jeść.

Znów pojawiło się słowo „muszę”? Ano przecież, bez niego Święta to nie Święta. Może nie być szopki, instagramowych girlandek, lampek wiszących na domu jak w amerykańskich filmach, ale powinności i przymusy po prostu być muszą! Ale przecież nie spędzam Świąt u siebie w domu. Czy naprawdę aż tyle muszę gotować, że nie mogę tego jakoś wcisnąć w grafik? Przecież mam w domu tylko dwoje dzieci, „a Krycha ma siódme w drodze i robi dwanaście potraw, więc nie przesadzaj”. Pomijając Krychę, mogę spróbować odpowiedzieć na to pytanie. Otóż wszystko zaczyna się niewinnie. Składka wigilijna nie jest określona. Wypada się dołożyć, by wspomóc gospodarzy (jednych i drugich, bo wigilie mamy dwie). Robię więc sałatkę śledziową. Piekę jakieś ciasto. Wszyscy się cieszą.

Kłopot pojawia się, kiedy zaczynam robić coraz więcej. W jednym roku całą rodzinę cieszą domowe pierniczki. To za rok dołożę do tego domowe pierogi. Super, już nie trzeba kupować ich w supermarkecie! Mąż upiecze chleb. Ja nauczę się piec jakieś świąteczne ciasto. A, jeszcze śledzie. Zaczęłam je robić w piątej klasie podstawówki, więc jak tu przestać po dwudziestu latach? A potem nagle mam dzieci i zero czasu na te wszystkie kulinarne wyczyny. Problem w tym, że sytuacja nie zmieniła się dla tych, którzy na te wyroby nadal czekają. Czuję więc przymus, by utrzymać formę i nie zawieść nikogo.

W zeszłym roku nie robiłam pierogów. O ileż łatwiej mi było! A skąd taka taryfa ulgowa? Czyżbym zmądrzała? Nie. Byłam w ciąży. Wtedy pozwalam sobie bardziej na dbanie o siebie. Będąc jeszcze przed czternastym tygodniem (u mnie to granica mdłości) uznałam, że nie dam rady siedzieć cały dzień w oparach gotowanej kapusty. Rodzina uznała takie usprawiedliwienie za wystarczające i zostałam „zwolniona z pierogów”. Jak to brzmi, prawda? Oczywiście mówię o moich odczuciach. Co ludzie myślą i czego naprawdę oczekują, trudno mi orzec. Czasem już trudno mi nawet określić, co jest moim wymaganiem wobec mnie samej, tylko włożonym w usta innych, a co odwrotnie – jest jakimś oczekiwaniem ze strony innych, które ja sama wmówiłam sobie jako konieczne do spełnienia. Od rozstrzygania tego mam mądrych ludzi. Ale niezależnie od wyniku, mogę coś zmienić. Może nie przestanę gotować, może z zewnątrz mało kto zobaczy różnicę, ale rewolucja dokona się w moim myśleniu.

Nie będę robić więcej, niż naprawdę chcę. To nie oznacza braku wysiłku. To nie oznacza, że nie będę musiała dobrze zaplanować kuchennych działań. Ale rozplanuję to rozsądnie. Pierogi mogę zrobić już teraz i zamrozić. Nie muszę robić po raz dwudziesty pierwszy śledzi, których jedna część rodziny i tak nie lubi, a druga już się nimi znudziła. Nie musimy piec domowego chleba. Możemy cieszyć się tym, co sprawia nam największą radość (u nas to pieczenie pierniczków) i z tego zrobić główny punkt programu naszych kulinarnych zmagań. Może wtedy znów usiądziemy zmęczeni, nawet wyczerpani, ale tym razem także szczęśliwi, że udało się zrobić coś dobrego. „Dobrego” nie tylko w znaczeniu „smacznego”. Ale dobrego zarówno dla innych ludzi, jak i dla nas.

 

______________________________

*Już nie trzeba! Uprzejmie przypominam, że od jakiegoś czasu tuż po Świętach są organizowane akcje oddawania nadwyżek żywności ludziom biednym i bezdomnym. Można tę żywność dowieźć samodzielnie, ale bywa, że wolontariusze przyjdą po nią pod drzwi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *