Rekolekcje zajęciowe #3 – Prezenty

Wśród znajomych rodziny mojego Męża jest ciotka, która często powtarza, że „prezenty kupuje już w lipcu”. Można się śmiać. Ja się kiedyś śmiałam. W którymś momencie ją zrozumiałam i przestało być śmiesznie. A może nie tyle „w którymś momencie”, bo to nie był jeden moment, ale pełzająca ewolucja obowiązku, Prawa, które trzeba wypełniać, a które pewnego dnia okazało się cięższe, niż sądziłam. Próbowałam walczyć, by jeszcze lepiej wszystko zorganizować. Zaczęłam kupować prezenty jeszcze w listopadzie, ale to nadal nie rozwiązało wszystkich problemów.

Wszystko fajnie – kupić prezenty dla całej rodziny. Lubię je dawać, więc jaki w tym problem? Jestem fanką kupowania przez Internet, więc nie wchodzę do galerii handlowych w grudniu, chyba, żeby jakiś spowiednik zadał mi to za pokutę. Ale pozostaje jeden podstawowy problem – jak zawsze krucho z pomysłami. Nie chcę dawać byle czego, świątecznej ozdóbki z promocji czy innej rzeczy z kategorii „moda bazarowa”. Szukam więc od lat skutecznych sposobów, by kupić coś, co obdarowanego ucieszy. Obecnie już dwa – trzy miesiące przed Świętami staram się wsłuchiwać w to, co mówią moi bliscy. Czy ukazała się jakaś interesująca dla nich książka? Czy potrzebują czegoś szczególnego? Może o czymś marzą? Nie jest to łatwe, bo późną jesienią mamy w rodzinie sporo urodzin i imienin, więc pomysłów trzeba nazbierać na zapas. Ale i tak wolę ten sposób, niż namolne dopytywanie i nieustającą frustrację spowodowaną dialogiem:

– No to co chcesz pod choinkę, bo został już tylko miesiąc?
– A… nie wiem, pomyślę, powiem ci.

Potem z miesiąca zostaje tydzień, z tygodnia trzy dni, a namysł nadal trwa. W końcu pozostaje uciec się do świątecznych promocji albo mody bazarowej, co jest bez sensu i pozostawia niesmak – nawet, jeśli obdarowany jakoś tam się cieszy.

Natomiast jeśli chodzi o dostawanie prezentów – tak, to też lubię. Ale nie wtedy, kiedy osaczają mnie z trzech stron pytaniem „co chcesz, co chcesz, co chcesz?”, a ja trzy tygodnie wcześniej miałam imieniny i pomysły już naprawdę mi się skończyły. Pozostaje mi do wyboru powiedzieć: „wszystko jedno” i wrócić do domu z kolejnym bezużytecznym przedmiotem, albo wymyślić i przekazać przez pośrednika (Męża), co chcę dostać. Drugie rozwiązanie wydaje się idealne, ale w praktyce oznacza, że sama tego szukam, sama to zamawiam, sama pakuję i wrzucam pod cudzą choinkę. A potem jestem bardzo zaskoczona, gdy rozpakowuję prezent. Oczywiście pieniądze są dyskretnie oddawane (Mężowi, bo niby to on kupował), ale ogólny absurd sytuacji chyba nie staje się przez to mniejszy.

Dużo bardziej chciałabym dostać to, czego mi naprawdę brakuje, a czego nie mogę kupić za pieniądze – czas. Chciałabym, aby ktoś na serio poświęcił mi czas, pogadał ze mną, wysłuchał. Nie „upychał mnie w grafik” między wtorkiem a środą, ale chciał poświęcić mi pięć minut akurat w tej konkretnej chwili, kiedy jest mi ciężko. Chciałabym też dostać trochę czasu sam na sam z Mężem. Tak, chciałabym czasem móc oddać komuś dzieci pod opiekę. Oboje, nie tylko starsze. Na dłużej niż dwie czy trzy godziny. Nie wtedy, kiedy jest wizyta u lekarza czy spotkanie kręgu w Domowym Kościele. Nie po to, żeby zrobić „coś konstruktywnego” (bo, nie wiem czemu, zawsze wydaje mi się, że muszę na „pozbycie się dzieci” znaleźć dobre usprawiedliwienie), ale żeby spędzić czas tylko we dwoje. Przypomnieć sobie o tym, że to Mąż jest najważniejszym dla mnie człowiekiem. Bo ja to wiem, ja to czuję, ale nie mam tej przestrzeni, by móc to w pełni realizować. Nie chcę narzekać na bliskich, że mi tego nie dają. Wiem, że rodzina bardzo kocha nasze dzieciaki. Nie marudzę, nie czepiam się, nie wymagam od nich ponad miarę – ale jednocześnie mówię, jak jest. Ten podarowany czas byłby dla mnie dużo cenniejszy niż kupione prezenty.

To się też wpisuje w moje obecne przemyślenia na temat tego, co jest ważniejsze. Ale przemyślenia przyszły za późno – widzę, że i w tym roku dałam się wciągnąć w ten pęd za prezentami. A żeby było śmieszniej… Sama wiem, że kupione przedmioty szczęścia nie dają i ich nie pragnę. Ale przez to nagabywanie ze strony innych już nie umiem uwierzyć, że prezenty nie dają szczęścia innym. Niby każdy to mówi. „Bądźcie tylko, nie musicie nic przynosić”. Ludzie, z którymi spędzam Święta, zasadniczo nie są materialistami. Dlaczego zatem co roku muszę poszukiwać prezentów dla kilkunastu osób?

Możliwe, że i im w głębi duszy nie zależy tak bardzo na otrzymywaniu upominków. Może po prostu też kiedyś komuś uwierzyli, że tak trzeba i dali sobie wpoić przekonanie, że bez prezentu nie masz prawa pokazać się przy wigilijnym stole. Ale czy ja mogę – mając już te nieszczęsne toboły zapakowane w ładny papier – jeszcze coś zmienić? Zrobić coś, by wszyscy moi bliscy poczuli, że możemy kiedyś – może jeszcze nie teraz i nie za rok, ale kiedyś – wyłamać się wspólnie i nałożyć jakieś granice, by choćby stopniowo i powoli uwolnić się od tej ciążącej na nas presji? Bo chyba lepiej by dla nas wszystkich było, gdyby dawanie i otrzymywanie znów zaczęło sprawiać radość, która ma swoje źródło w Miłości. A nie w Prawie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *