Rekolekcje zajęciowe #5 – Życzymy, życzymy…

To już ostatni odcinek moich „rekolekcji”. Dom posprzątany (o tyle, o ile), wypieki gotowe, prezenty zapakowane i psychika (wraz z układem pokarmowym) przygotowana na dwie wigilie. A teraz myślami wchodzę już do domu teściów, zdejmuję buty, wchodzę na piętro i wiem, co będzie dalej. Scenariusz każda rodzina ma własny, ale pozostaje on niezmienny, bo w końcu chcemy zachować to, co najlepsze. Wiem, że najpierw będziemy czytać Ewangelię, pomodlimy się, a potem, nim siądziemy do stołu – będzie czas opłatka i życzeń. Czy nie jest często tak, że to życzenia są najbardziej niezręcznym momentem podczas Świąt? Te wypisane na pięknych, własnoręcznie wykonanych kartkach w ogóle nie sprawiają problemu (poza znalezieniem czasu na ich zrobienie). Nie musimy patrzeć w oczy tym, którzy czasem powiedzą jedno słowo za dużo, czasem ranią. Życzenia wypowiedziane na głos, stojąc twarzą w twarz, mają dużo większą wartość. Ale jak to bywa z rzeczami wartościowymi – są trudniejsze.

Teoretycznie życzymy wszystkiego dobrego. Czy na pewno? Czy, będąc już po spowiedzi przedświątecznej, robimy rachunek sumienia z tego, czego życzymy? I nie chodzi o to tylko, żeby życzenia nie były płytkie, „zdrowia, szczęścia, pomyślności”. Czy nasze życzenia nikogo nie ranią? Czy patrzymy na dobro tej osoby, a nie to, co z naszej tylko perspektywy jest jej dobrem? Czy nie przemycamy komunikatu „dostosuj swoje życie do moich zachcianek”? Czy młodej mamie, która w ostatnich latach urodziła dwoje lub troje dzieci nie życzymy „rozwoju zawodowego i samorealizacji”, być może wbrew jej planom i marzeniom, wbrew temu, co ona sama uważa za samorealizację? Albo odwrotnie – czy dziewczynie, która piąty rok po ślubie pozostaje bezdzietna, nie życzymy „szybkiego powiększenia rodzinki, no bo ile można czekać, weź Zocha, kariera nie zając”? Istnieje przecież prawdopodobieństwo (niestety dość duże w dzisiejszych czasach), że Zocha przepłacze kolejną noc, bo znowu ktoś przypomniał jej nie tylko o tym, że nie może mieć dzieci, ale i o tym, że w takiej sytuacji nawet w Święta nie znajdzie akceptacji wśród bliskich.

Czy moje życzenia są szczere? Czy życzę zdrowia babci, ale wiem, że przez najbliższe miesiące nie będę jej odwiedzać, bo mi nie po drodze, bo babcia jest uciążliwa, bo to kłopot, bo mam ważniejsze sprawy? Czy wiedząc, że ten wujek głosuje na inną partię niż ja, popiera prawo, które ja uważam za niegodziwe, podziwia ludzi, którzy według mnie czynią wiele zła – czy mając tę świadomość, będę w stanie z miłością życzyć mu wszystkiego, co najlepsze? Czy zachowam pokorę wobec ludzi, których wolałabym w pierwszym odruchu złości sprowadzić do parteru, bo w codziennym życiu zwykli się wywyższać i podejmować próby ustawiania mnie? Czy przebaczę raz jeszcze, choć licznik już powoli zbliża się do liczby 77 albo dawno ją przekroczył?

Czego życzę sobie? Nie zapominam czasem o tym? Słyszę z każdej strony to, co byłoby – według innych – dla mnie dobre. Ale co ja sądzę na ten temat? Czy życzę sobie dobrze? Czy chcę zadbać o siebie? Czy są sprawy, które muszę uporządkować? Iść do dentysty? Na terapię? Na rekolekcje? Czy potrafię nie zmarnować tego, co we mnie najlepsze i pożegnać się z tym, co już jest zbędne, złe, przeszkadza mi w rozwoju?

Czego życzę nowonarodzonemu Bogu? Czy życzę Mu, by wszyscy ludzie za Nim szli? Nie ograniczam tych życzeń tylko do siebie i swoich najbliższych, ale życzę Mu tych, z którymi mi najbardziej nie po drodze? Czy życzę Mu siebie – oddanej całkowicie, ofiarowanej z każdym plusem i minusem mojej duszy, z całą przeszłością, teraźniejszością i przyszłością? Czy życzę Mu ponownego przyjścia nie za milion lat, ale kiedy On zechce, nawet, gdyby to miało nastąpić jutro?

Życzę wszystkim, którzy to kiedykolwiek przeczytają, by przy opłatku słyszeli i wypowiadali tylko naprawdę dobre życzenia. Bo tylko takie pasują do Dobrej Nowiny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *