Rekolekcje zajęciowe #4 – Władca Logistyki: Dwie wigilie

Zanim wyszłam za mąż, żyłam w cieplutkiej i milutkiej bańce własnych przyzwyczajeń. Jednym z nich było przekonanie, że w Wigilię żaden porządny człowiek nie wychodzi z domu. Zawsze spędzałam ten wieczór z rodzicami i babcią. Skład zmieniał się tylko nieznacznie – raz, kiedy urodziła się moja siostra i drugi raz, gdy po przeprowadzce mieliśmy możliwość przenocować drugą babcię. Wtedy i ona zaczęła przyjeżdżać do nas. Nie wyobrażałam sobie, że może być inaczej. Mój Mąż miał odwrotnie – co roku jeździł na dwie wigilie (do obu babć) i też nie wyobrażał sobie inaczej. A po ślubie było trzeba te dwa światy pogodzić…

Chyba łatwo się domyślić, co wygrało – próba zadowolenia wszystkich. Zamieniłam więc pierwszą gwiazdkę na inaugurację świętowania w biały dzień (żeby zmieścić dwie wigilie, trzeba zacząć wcześnie). Zamieniłam siedzenie w domu na jeżdżenie do teściów i rodziców tego samego dnia. Zamieniłam spokój i błogą ciszę na pakowanie miliona toreb do bagażnika (a i to jest luksus – nie od razu mieliśmy samochód), nerwowe spoglądanie na zegarek, poganianie lub bycie poganianą, ciągłe przepraszanie, że już nie, albo że dopiero teraz, że już nie mogę więcej zjeść, bo zaraz druga kolacja, że dopiero teraz jesteśmy, bo tak wyszło…

Czy ta zmiana zasługuje na tak gorzkie podsumowanie? Oczywiście, że nie. To tylko jedna strona – organizacyjna. Ona sprawia nam problemy, po ludzku jest po prostu trudna. Jednak możliwość spędzenia Wigilii i Świąt – wprawdzie trochę po łebkach i częściowo w pośpiechu – ze wszystkimi naszymi najbliższymi jest czymś, co nas cieszy i czego wielu znajomych nam zazdrości. W Warszawie mieszka sporo osób pochodzących z daleka. Czasem współmałżonka poznali już tutaj, a on okazał się pochodzić z jeszcze dalszych stron. Nie mają możliwości świętować w jednym roku jednocześnie np. w Bieszczadach i na Podlasiu. My mamy w każdą stronę góra pół godziny drogi. Ma to minusy, ale też niezaprzeczalne plusy. Mimo to co roku i tak zastanawiamy się, czy można coś zmienić. Próbujemy przewidzieć przyszłość, a ta może potoczyć się w różnych kierunkach. Rozważamy różne opcje. Wiemy, że zmęczenie i zniechęcenie nie mogą wziąć góry nad radością ze spotkania, bo wtedy radość zniknie zupełnie.

To już nasze dziesiąte Boże Narodzenie po ślubie. Świętowaliśmy w różnym składzie – najpierw kilka lat bez dzieci, potem z jednym dzieckiem i teraz z dwójką. Co roku trochę liczymy, że to już ostatni raz, że z jednym dzieckiem tak, ale z dwójką to już nie, a jeśli dwójka to za mało, to może w kolejnych latach, może po kolejnym dziecku… Snuję czasem fantazje o jakimś Zrządzeniu Losu, które by pokazało wszystkim zainteresowanym, że możemy żyć bez tych dwóch wigilii. Patrzę na koleżanki, które rodzą dzieci w grudniu i wiem, że one nie muszą nic. Żadnych pierogów, prezentów, sprzątania. Mogą spokojnie czekać. Mogą spędzić te dni w domu (minus jest taki, że mogą też trafić na Święta do szpitala), w spokoju, mogą cieszyć się narodzinami swoich dzieci i małego Pana Jezusa jednocześnie. Może i nas to kiedyś czeka? Może. Zgodzimy się chyba jednak wszyscy, że byłby to zbyt desperacki krok, by specjalnie planować ciążę z porodem na grudzień po to, aby dokonać przełomu w obchodach Bożego Narodzenia w rodzinie.

Prawda jest taka, że bez stanowczych kroków nie zmieni się nic. Bez naszej odwagi, bez decyzji, bez stanowczego NIE, „nie chcemy, nie dajemy rady, nie możemy” nie będzie zmian. Ale tu powstaje jeszcze jeden problem. Czy aby na pewno „nie chcemy”? Właśnie w Wigilię walczymy o to, by zachować to, co najlepsze, by ocalić cienką nić łączącą wspomnienia z dzieciństwa z teraźniejszością od całkowitego zerwania. Ponieważ zmiany w życiu nadchodzą licznie i co roku są nowe – nie zawsze pozytywne – wszyscy chcemy chociaż w Święta zachować status quo, a najgorszym ciosem dla tych starań jest stwierdzenie „jednak jest inaczej niż rok temu”. Inaczej. Często już się najeżamy na to słowo, bez zastanowienia, czy jest lepiej, czy gorzej. „Inaczej” jest wrogiem „jak zawsze”, a w Święta powinno być „jak zawsze”. Przyznajmy się – i my chcemy, żeby było „jak zawsze”. Jakąś część tej gonitwy wigilijnej lubimy, w jakiś sposób żałowalibyśmy, gdyby miała się raz na zawsze skończyć. Czy naprawdę chcemy powiedzieć „nie, trzeba coś zmienić”? Czy jednak „jest ciężko, ale chcemy, żeby było jak zawsze”?

W ślad za powyższymi pytaniami powstają kolejne. Czy w ogóle w życiu chrześcijanina powinno być „jak zawsze”? Jest jakiś poziom, na którym możemy się już zatrzymać, jakaś część, której nie pozwolimy ruszyć, choćby się waliło i paliło? A jeśli tak, to w imię… w imię czego? Dziś nie mam gotowej odpowiedzi. Pierwszy raz zadaję sobie te pytania i nie wiem, co odpowiedzieć. Dziecko może zapytać mamę: „Jeśli cię to męczy, po co to robisz?”. Wtedy mama albo odpowie i przypomni sobie cel swoich starań, albo – jeśli cel był niewłaściwy – machnie ręką i odpuści sobie nadmierny perfekcjonizm i przywiązanie do schematów. Moje dzieci jeszcze nie zadają pytań. Ale jeśli kiedyś zapytają, chciałabym odpowiedzieć z pełnym przekonaniem, że to jest nasz wybór. Niezależnie od tego, czy zmiany – przyjazne bądź wrogie – w końcu dosięgną i tej sfery naszego życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *