Zachowuj się, jak na ofiarę przystało!

W ostatnich dniach wybuchło wielkie oburzenie – po części zrozumiałe, ze względu na słowa, które padły – na wdowę po prezydencie Gdańska, Magdalenę Adamowicz. Pani Adamowicz stwierdziła, że nie ma żalu do sprawcy, bo był on indoktrynowany przez reżimową telewizję. Czyli to telewizja jest winna, a konkretnie partia rządząca, która narzuca jej ten nienawistny ton.

Choć ze słowami wdowy nikt rozsądny się raczej nie zgodzi, to reakcja wielu osób w mediach społecznościowych wzbudziła moje zdziwienie. U niektórych momentalnie skończyło się współczucie. Były licytacje – „kiedy mi umarł mąż, leżałam w łóżku przez miesiąc, a kiedy mi umarła matka, to nie mogłam się uśmiechnąć przez trzy lata, a ja do dziś rozpaczam po ojcu” i tak dalej. (Nie oceniam tych osób – żeby było jasne! Wszystkim im należy się współczucie.) Były spekulacje – może ją kupili? Może zastraszyli? Może jako „część przestępczego układu” musiała mówić to, co jej na kartce napisali? Były też jednoznaczne osądy – nie kochała męża. Cieszy się, że dostanie majątek po nim. W ogóle na pewno wyszła za niego dla pieniędzy.

Nie wiem, jaka relacja była między Pawłem Adamowiczem i jego żoną. Nie wiem, czy to było szczęśliwe małżeństwo, szczęśliwa rodzina, czy są winni czy niewinni temu, co im się zarzuca w sprawach majątkowych. Nie wiem też, jak oceniać żałobę pani Magdaleny i nie chcę tego robić. Żałobę przeżywa się bardzo różnie – nie uważam, żeby szybkie „podniesienie się” po stracie było dowodem na silną psychikę. Raczej odwrotnie: kto przeżywa emocje, umie je nazwać, umie płakać i wykrzyczeć swój ból, jest tym silnym. Trzymanie fasonu przed ludźmi, a w przypadku osób publicznych – w mediach, nazwałabym raczej słabością. Chociaż mogę się mylić. A poza tym żałoba, rozpacz, to bardzo specyficzny stan… Jest się wtedy podatnym na różne wpływy i manipulacje. Z rozpaczy można popełniać błędy i postępować głupio, a gdy wokół brak mądrych doradców, większe jest ryzyko, że się zabrnie za daleko. Istnieje tu tyle możliwości, że trudno snuć sensowne domysły, co jest prawdą. Ten konkretny przykład to tylko wprowadzenie do tematu, który chciałam poruszyć.

To wydarzenie zbiegło się z momentem, kiedy Jaśmin z kanału Stanowo (gdzie, jeśli ktoś nie zna, relacjonowane są między innymi znane i mniej znane sprawy kryminalne) opublikowała film o porwaniu Nataschy Kampusch. Pewnie wiele osób pamięta tę sprawę – porwana jako dziewczynka, Natascha spędziła 8 lat uwięziona w domu porywacza, gnębiona psychicznie, fizycznie, a później i seksualnie. Uciekła dzięki nieprawdopodobnej okazji, która nadarzyła się pewnego dnia. Happy end? Nie. I to nie dlatego, że trauma z przeszłości nie daje jej żyć. Nie dają jej żyć przede wszystkim ludzie, którzy wiedzą lepiej niż ona, jak powinna zachowywać się ofiara. Ponieważ nie zachowuje się według ich oczekiwań, pojawiają się domysły, spekulacje i osądy. Absurdalne i oburzające tak, że nawet spokojny człowiek się zatrzęsie. Pewnie wcale nie została porwana. Pewnie było jej tam dobrze. Kochała na jakiś chory sposób tego porywacza. Właściwie to jest tak samo winna, jak on, ale on to chociaż się zabił. Pewnie chce teraz zbić majątek na opowiadaniu o tym.

Jeszcze inny przykład, mniej drastyczny. Kiedyś trafiłam na stronę facebookową pewnej rodziny, która zbierała pieniądze na rehabilitację swoich dzieci. Prócz tego oczywiście wrzucali zdjęcia, relacjonowali wydarzenia ze swojego życia – jak wiele podobnych rodzin, podtrzymywali w ten sposób zainteresowanie potencjalnych darczyńców. Grosz do grosza, jakoś zbierali te pieniądze. Ale z jakimi komentarzami musieli się spotkać! Lustrowano ich bardzo szczegółowo: „zbyt markowe” buty ojca – źle! Pewnie kupione z NASZYCH pieniędzy! Pomalowane paznokcie mamy – źle! Przy chorych dzieciach to się nie dba o takie bzdety! A w ogóle to skąd mają pieniądze na wyjazd, hę? Ładnie to tak sobie wyjeżdżać, jak tu dzieci potrzebują pomocy?

Istnieją pewne oczekiwania wobec osób, których sytuacja u przeciętnie empatycznego człowieka budzi współczucie. Istnieją schematy, w jakich „powinny” się odnajdywać takie osoby. Tylko odtąd-dotąd. Ani milimetra poza linię! A jak właściwie powinni zachowywać się ludzie, których coś dotknęło – śmierć bliskich, choroba dziecka, trudna sytuacja finansowa? Mogą sobie wyjeżdżać na wakacje, choćby nad polskie morze poza sezonem? Mają prawo kupić sobie dobre buty? Mogą robić makijaż, czy raczej powinny go teatralnie rozmazywać na znak żałoby, utrudzenia i smutku?

Wszystko to, a nawet więcej, możemy robić, ponieważ jesteśmy ludźmi. Nasza psychika ma jakieś mechanizmy – u każdego trochę inne – by poradzić sobie z trudną sytuacją. To musi trwać, nic nie dokonuje się w ciągu dni czy tygodni. Robimy też bardzo wiele rzeczy na pokaz, ale nie tyle dla innych, co dla siebie. Jak makijaż, kiedy siedzimy w domu cały dzień. Jak przestawianie książek na półce, choć nikt nie zauważy różnicy. Każdy z nas ma takie mechanizmy. Nie wiadomo, jak zadziałają one w sytuacji ekstremalnej.

Co roku przeprowadza się akcję świadomościową dotyczącą depresji i samobójstw. Coraz częściej pokazuje się zdjęcia realnych osób, którzy cierpią na depresję, bo ci nie obawiają się już ujawniać w Internecie. To najlepszy sposób uświadomienia ludziom, że osoba w depresji nie płacze, nie ma tuszu rozmazanego pod oczami, bladej cery, potarganych włosów, nie leży w łóżku w dresie z wiecznie zasmuconą miną. Wygląda jak każdy inny człowiek – może być zadbana, dobrze ubrana, w pełnym makijażu, uśmiechnięta. Ma swoje pasje, ulubione rozrywki, plany na ten dzień – chyba, że nagle coś się stanie… Szczególnie wbiło mi się w pamięć zdjęcie pięknej dziewczyny, zadbanej i uśmiechniętej z podpisem „7 godzin przed próbą samobójczą”.

Ofiara depresji może być uśmiechnięta. Zapracowana i utrudzona matka niepełnosprawnych dzieci może malować paznokcie. Nie ma nic dziwnego w tym, że osoba uboższa kupi porządne buty raz na kilka lat, zamiast co roku nową parę trochę tańszych. Ofiara gwałtu naprawdę nie musi całe życie nosić maskujących, workowatych ciuchów, bo ktoś oczekuje, że ona już teraz zawsze będzie się kryć. Wdowa może przeżywać śmierć męża po cichu, w głębokiej rozpaczy, albo udawać, że jest dobrze i ukrywać emocje. Albo krzyczeć, obwiniać wszystkich, szukać sprawiedliwości, jakkolwiek ją rozumie. A rodzice, którzy stracili dziecko, mogą miesiąc później wybrać się w podróż – tak jak my to zrobiliśmy w październiku 2015, aby odpocząć po trudnej ciąży, ciężkim porodzie i pożegnaniu naszego pierworodnego.

Ale naprawdę, tak po śmierci dziecka? Tak. Naprawdę. I to był piękny czas. Oczywiście, nie była to bardzo daleka podróż. Nie spędzaliśmy tego urlopu w jakiś ekstremalny sposób – ciągle byłam w połogu – ale odzyskiwaliśmy spokój i równowagę we dwoje. Pamiętam ciszę, spokój i piękne góry późną jesienią. To był nasz sposób na przeżycie żałoby, nasze uzdrowienie, nasza szansa na powrót do czegoś, co był na tamten czas względną normą.

Kiedyś istniały zasady dotyczące żałoby – czarny strój, unikanie imprez, stonowane zachowanie po śmierci osoby najbliższej. Za nieprzestrzeganie tych zasad można było popsuć sobie reputację (tym także bardziej się wtedy przejmowano). Nie uważam, że te sposoby przeżywania żałoby są złe, jeśli wynikały z potrzeby serca. Pytanie, czy pierwsza była żałoba serca, czy zasady. Czy ta czerń wypływała z potrzeby uzewnętrznienia, że „przeżywam tragedię, nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego”, czy raczej „no umarł, drań jeden, i teraz muszę przez rok nosić się na czarno, co za los”. Czy można takimi zasadami narzucić sobie i komukolwiek innemu czas, sposób i szybkość przeżywania żałoby? Raczej nie. Jasne, że należy być delikatnym wobec osób wrażliwych, mogących się zgorszyć, ale budowanie wizerunku posępnego żałobnika wbrew sobie nie daje nam niczego. Nie podkreśli bardziej realnej żałoby ani nie uwiarygodni takiej, która jest fikcją. I to widać choćby na przykładzie tych, którzy zarzucają Magdalenie Adamowicz brak „należytego” przeżywania żałoby. Przecież ona nosi perfekcyjny „wdowi strój”. Przestrzega zasad. A jednak są ludzie, którzy jej nie wierzą. Wszyscy mamy potrzebę, by to, co na zewnątrz, harmonizowało z tym, co wewnątrz. Kiedy coś zgrzyta – choćby tylko z pozoru – zaczynamy czuć niesmak. Tylko jaką mamy pewność, że komuś kiedyś coś nie zazgrzyta w naszym zachowaniu? Może wtedy dopiero zrozumiemy ten absurd, kiedy ktoś powie: wyglądasz za dobrze, to ubranie nie pasuje do twojej sytuacji, dlaczego się uśmiechasz, poszłaś do kina – przesadziłaś, naprawdę zachowuj się, jak na ofiarę trudnego życia przystało.

Dlatego chyba lepiej te „zasady” odrzucić. Ale konsekwentnie – dać prawo zarówno sobie, jak i innym ludziom do tego, by przeżywali swoje trudne chwile po swojemu. Nawet, jeśli wiemy, że nie tędy droga, nie przeżyjemy tego za nich. Nie obronimy ich przed błędem. Ocenić wewnętrzne motywacje jest bardzo łatwo, tylko, że w nie akurat nie mamy wglądu. Tam, gdzie zgrzyty są ewidentne i istnieją uzasadnione podejrzenia, że coś jest naprawdę nie tak, powinny się zająć tym odpowiednie służby. Nie uważam, żeby należało dać spokój wdowom, które np. miały motyw i sposobność, by zabić męża, albo oszustom, którzy zbierają na chore dziecko, choć nie ma takiej potrzeby. Na nadużycia należy reagować. Ale nie dopatrywać się ich na każdym kroku, nie zakładać złej woli i nie rezygnować ze współczucia – ono nigdy nie jest wyrzucone w błoto, nawet jeśli wszystko wokół krzyczy, że ktoś na nie nie zasługuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *